Close

bona futura

Robert Piotrowicz

„Nie wiem, czy odkryłem prawdę o sobie, czy tylko coś na chwilę we mnie zgrzytnęło, jak ukryty staw, w miejscu, w którym wszystko jest miękkie. Tam, w tym miejscu, nagle coś mi przeskoczyło. Dzwoniłem wczoraj, bo… a co będę zaczynała od nowa, trzeba było odebrać. Wtedy wiedziałem, co chcę powiedzieć i co właściwie się zmieniło”.

Zawsze chciałem zbawić swoją duszę i nie zawsze było to dobrze zaplanowane. Czasem myślałem, że w pierwszej kolejności należy nadać sobie duszę, później ją odebrać i dopiero wtedy mieć o tym jakieś pojęcie.

To przekonanie, że muszę przejść przez igielne ucho, aby ją zdobyć, sprawiało, że cel poprzedzał wysiłek — a przecież nie o sam wysiłek chodzi — który doprowadzić miał do przemianowania wszystkiego.

To, co miałem utracić, choć nie było żadnej pewności, że to mam, niepokoiło. Przyszła strata przywileju zorganizowała mi teraźniejszość. Utrata obietnicy, której nikt nigdy nie spełni. Moje części wszystkie, małe i duże, chciały wyjść na ulice i podpalić komisariat.

A potem, co potem?

Pewnie rozproszyłbym się w tłumie, którym jestem przed i po, może zawsze tym samym, tylko lekko poprzesuwanym. Naprawdę nie wiem, bo to tak, jakbym miał krople wody poukładać tak samo w wiadrze, które kopnąłem ze złości, bo mnie znów wściekłeś.

Tak mógłbym mówić komuś zaufanemu, gdybym duszę posiadał. A nawet duszę z pewną przyszłością.

Piszę to, jakbym duszę miał lub mógł mieć. Chciałbym ją widzieć jako zastępstwo obietnicy czy przyszłości, którą pragnę spotkać, a najbardziej istotne w tym wszystkim jest to, że chciałbym zapewne znaleźć się w momencie, w którym zauważam, że duszę zacząłem posiadać.

Po co w ogóle myśleć o obietnicy, po raz kolejny wchodzić w to wiązanie, oddać jej władanie i znów odebrać sobie wolność? Obawiam się, że we wszystkim, czym żyję i co rozpatruję, również w potoczności, którą jestem bez wyrzutów, przydzielając sobie prawo do słabości, obietnica pozostaje kluczowa.

Obiecywanie sobie nie jest niewinne, nie sprawia, że dostaję za darmo jakiegoś rodzaju fundamentalną ulgę.
Zniewala.
Jak zwierzęciu obiecuje posiłek.
Ugasi pragnienie. Wzmocni ciało.
Gdy dojdę do wodopoju i swój przerażony odwodnieniem pysk zanurzę w kałuży czy strudze, która miała litość nie wyschnąć, nim ją znalazłem.

Moje bezwolne ciało, pchane przez instynkt. Żyje nią. Świadomie czy nie.

Żyję nią nie dlatego, że moje przedpodmiotowe coś ją rozważyło, żyję nią, bo coś ją we mnie wpisało.

Nie zawsze, a może za często, idę „tam”, nie podejmując decyzji, nie biorąc za każdym razem odpowiedzialności za rozwiązanie. Jestem może konstrukcją, którą stale coś wiąże, wiąże jeszcze przed świadomym, tym, co umiałbym wybrać, gdybym wiedział serio, o co chodzi.

W poszukiwaniu kałuży może nie nagroda ciąży mi najbardziej, a mimowolna organizacja świata przyszłą ofertą. Czy zetknięcie pyska z wodą jest tym momentem przejścia w to najbardziej pożądane przyszłe zaspokojenie i ulgę? Czekam na to, chcąc czy nie.

Nie zacząłbym tego wątku, gdybyś ty też nie żył-a w samym środku albo w cieniu tego napięcia. To nie spekulacja, to teza, którą zasiewam jako centralną siłę normalizującą życie.

— To właśnie tak powinno wyglądać twoje przyszłe dobro. Popatrz, wszystko ma swoje reguły. To wyjdzie właśnie tak.

— Ty się tak spełnisz. Jeszcze chwilę. Jak wszystko pyknie. Potem już na torach się rozpędzisz.

Nie tylko obiecane, ale też obiecane planem, powtarzanym przez generacje, planem, który ma być dostępny, powszechny i ogólny. Gdzie byłem, gdy to wszystko się działo, ktoś, gotując ten proces, dopełniał obietnic, przyrzeczonego stanu. Wystarczy „przejść”.

 

Kultura buduje struktury normatywnych obietnic i robi to w różnych celach. Być może natura rzeczy jest taka, że w pewnej fazie procesy sprowadzają nas ku podobnym, powtarzalnym cyklom. Powtarzając nieustannie znane cyrkulacje, zarządzamy niepokojem za pomocą narzędzi, które mniej lub bardziej sprawdzili poprzednicy. Mam ogólnie problem z tym, czy mieli kiedykolwiek w tym jakąkolwiek rację. Tam, gdzie nie mogę sam stanowić za siebie, tam norma wyręcza mnie we wszystkim, co się dzieje. Teraz — może tylko mi się tak roi — wiele z tych zasad napięło się do granicy swojej gęstości, a utkane systemy w różnych przestrzeniach rozchodzą się w swym splocie, pozostawiając prześwity, przez które zaczyna przeciekać to, co zawsze gdzieś czaiło się, a czego zwykle nie chce się widzieć.

 

A wszystko to przez to, że „naszej” części świata dekadami przekazuje się system, który miał się ubrać w wartości.

Może nawet nie trzeba nic widzieć, wystarczy czuć, świadomie lub nie, że tam jest coś, co może się ukazać. Być może cywilizacyjny system przecieka, choć wcale nie zamierza się zawalić, tylko będzie taki przepuszczalny i już nie wróci do stanu fasadowego, trzymania układu w ryzach. Nie chcę w żaden sposób definiować teraźniejszości, ale to, co staram się uchwycić, jest wzmożonym, większym niż zwykle polem niepokoju. Tworzy je wiele czynników, ale tym, czego nie umiem zignorować, jest właśnie wzajemne uwiązanie lęku, obietnicy i komfortu posiadania przestrzeni na to pasyjne napięcie.

Potrzebuję minimum czasu albo minimum energii, jakiegoś zapasu, „zysku”, który mogę spalić w pytaniu, którego czasem nawet nie zadaję. Żyję z nim, może to pytanie jest mną po części i wsiąka w moją morfologię. Wybrzmiewa tylko sam efekt, bez treści, do której nie docieram. Czy to przywilej? Mieć zapas nie jest niemoralne, zwłaszcza tam, gdzie skromność nie pozwala na nic więcej niż przetrwanie. A jednak jest w tym coś, co kusi, by powiedzieć, że masz na to czas, przelewa ci się. Tyle że te energie nie mają już takich prostych formuł, jak chciałoby pewnie z pół „naszego” świata, według którego wszystko jest proste, wystarczy posprzątać.

Może właśnie dlatego coraz trudniej odróżnić to, co nadchodzi, od tego, co już we mnie zamieszkało. Nie wiem, czy jeszcze czekam, czy już jestem czekaniem. Czy obietnica prowadzi mnie za rękę, czy tylko od dawna oddycha przeze mnie? Coraz mniej wierzę w wyraźną granicę pomiędzy tym, co ma się wydarzyć, a tym, co od dawna wydarza się wewnątrz oczekiwania.

 

Od początku tego tekstu, zasadnicze wydało mi się pytanie, czy wszystko, o czym próbuję zacząć mówić, nie sprowadza się do desperackiego pragnienia przejścia przez ucho igielne.

Tak, wiem, że muszę zdjąć z ramion ciężar, a może nawet uklęknąć, aby przedostać się przez tę jerozolimską bramę. Niemożliwość, która w geście ostatecznej decyzji staje się możliwa, sprawia, że to przejście, okupione tytanicznym wysiłkiem, przyniesie mi doświadczenie, które sprawi, tak, ono właśnie sprawi, że będę po drugiej stronie. Czy to zaszczepienie daje to doświadczenie, w którym napięcie i energia osiągają taki poziom, że to, co było niemożliwe, staje się właśnie namacalne i ucho, ten wąski przesmyk, daje doświadczenie, daje doświadczenie tej bardzo oczekiwanej i przyobiecanej, przyobiecanego przejścia.

 

To jest trudne, ale wykonalne.

To zwężenie jest ogołoceniem i pewnego rodzaju przenicowaniem, odmianą, spełnieniem, na które oczekuję w napięciu, gdy dojrzewam do stanu, w którym „przechodzę”. Czy ja wtedy również otrzymuję tę przyobiecaną indywiduację? A gdy wszystko we mnie się rozpada i doświadczam tego rozpadu, i gdy przejście jest tak wąskie, że po drugiej stronie tylko może być to lepsze jutro, czyż nie znajduje się tam właśnie ten, który liczy na lepszą organizację wszystkiego? Moje nowe ja, ubrane w kostium, który pokrywa przemienione ciało, lub ducha. A może tam jest raczej ten, któremu wszystko już jest obojętne i oczekuje absolutnego kolapsu, absolutnej spalonej ziemi. Te ekstremalne bieguny w żaden sposób nie wyczerpują tego, o czym próbuję mówić przez tę chwilę.

Jeszcze czymś innym jest to, że w takim ogromnym zamknięciu, w tej małej przestrzeni, mój proces osiąga tak głęboki stan utkwienia w jednym punkcie, że zostaje do niego sprowadzony, ściśnięty, niezdolny się rozszerzyć. Być może wtedy mogę myśleć, że się przemienię, gdy oczekuję tego jako punktu granicznego, do którego zmierzam. W tym nie musi być nawet grama świadomości, żebym odczuwał całym ciałem całe doświadczenie, które za tym stoi. I powodowany tym, chwytam się bardzo różnych sposobów na rozładowanie albo właśnie na dojście do tego miejsca, które jest tym punktem zmiany. I ten stan, który nie wytrzymuje własnego nadmiaru, być może prowadzi do eksplozji. Ale ten punkt krytyczny wcale nie musi być rozwiązany tak dramatycznie. Może zakończyć się czymś bardzo mało spektakularnym, kolejnym codziennym nic, które nawet w przestrzeni wspólnot medialnych, ciągów informacyjnych, funkcjonuje jako krótkotrwałe, bardzo mocno zapalne, ale nic nie wnoszące…, zapalne, nic niewnoszące zdarzenie.

 

 

2

Może właśnie dlatego coraz częściej wracam do sytuacji performansu. Spotkania z rzeczywistym działaniem osoby w przestrzeni w obecności innych. Być może to miejsce jest uprzywilejowane, bo dedykowane doświadczaniu. Jest w tym najbardziej pierwotna potrzeba spotkania i bycia w zupełnie innej rzeczywistości. Tak odróżniamy potoczne od „niecodziennego”. Podobnie jak obietnica, i podobnie jak pewnego rodzaju wdrukowane napięcie, miejsce odbywającej się w czasie sztuki ma w sobie określone wiązanie, które angażuje ciało — przychodzę tam albo czekam na tych, którzy przyjdą z pewną potencjalnością, świadomą czy nie, przejścia do innego miejsca. Mimo braku mierzalnego rezultatu, w jakiejś mierze (a może w kardynalnie dominującej) przychodzimy do tego jednego miejsca z pewnym dość jasnym zamiarem. Pośród dźwięku, który przecież wprost nie mówi o niczym, niczego nie tłumaczy, automatycznie uruchamia się ten szczególny rodzaj gotowości.

Jakby przez chwilę wiele odrębnych napięć znalazło się wystarczająco blisko siebie, aby mogło wydarzyć się coś, czego nie sposób ani przewidzieć, ani powtórzyć. Choć właśnie powtórzenie przez wiele lat „spędza mi sen z powiek”. Empirycznie mam podstawy twierdzić, że performance „potrafi” zarządzać tym powtórzeniem, gdyż istota tkwi nie w identyczności powtarzalnego doświadczenia, a raczej w jego energetycznej i transcendentnej mocy. Jak bardzo by to nie brzmiało patetycznie, sens pozostaje w najbliższym sąsiedztwie.

 

Bez względu na to, czy uogólnienie w tym przypadku sprzyja mojemu przekazowi czy go nieco kompromituje, mam głębokie przekonanie pewnego przesunięcia znaczeń i oddziaływań. Przez pewien czas muzyki aktualnej, zwłaszcza tej, która najbardziej owocowała w latach zerowych tego wieku, mieliśmy często do czynienia z częściowo podobnymi mechanizmami, w których historycznie awangardy sięgały do abstrakcji. Z całym zrozumieniem różnic, odmiennych warunków, a także momentum dziejowego. Free improv uwalniała muzykę od kompozycji. Elektronika laptopowa, redukcjonizm, lowercase, onkyo czy noise itd. stopniowo abstrahowały ją od rytmu, harmonii, melodii, a niekiedy nawet od samego instrumentu i wykonawcy. Równolegle domowe studio, komputery i tania elektronika odrywały produkcję dźwięku od instytucji oraz profesjonalnego zaplecza. Muzyka poszukująca radykalnej formy dokonywała być może transformacji ku możliwie otwartej i właśnie wyabstrahowanej formie. Główna energia twórcza skierowała się na rozwój samego medium, a nie na bezpośrednią artykulację aktualnych napięć społecznych i politycznych. Oczywiście nie znaczy to, że dzieła nie mogły być odczytywane politycznie; a bardziej, że ich radykalność lokowała się przede wszystkim wewnątrz języka sztuki, a nie w komentowaniu współczesności.

 

Upraszczając cały ten proces do stwierdzenia, że dziś być może mamy do czynienia z reinwencją tej praktyki, która zmieniła swój język albo znacząco go rozbudowała. Sam proces tej przemiany pozostawię na boku. Interesuje mnie przede wszystkim to, jak te gesty działają dzisiaj i czym różni się ich afektywna skuteczność od tej, którą posiadały wcześniej.

 

Nie wiem też, czy można mówić o zmianie, która zaczęła być charakterystyczna dla wielu osób, które tworzą sztukę performatywną. Ale bez wątpienia jest zauważalna zmiana w sposobie, w jaki oddziałuje koncert czy też inne działania performatywne, w których ważnym elementem jest nie materiał muzyczny w sensie tradycyjnym, nie melodia, nie rytm, a gęstość dźwięku, jego rozłożenie w czasie, czy np. obiekty dźwiękowe, którymi posługuje się twórca.

One uruchamiają — nie tylko w procesie tworzenia, ale też w procesie odbioru i uczestniczenia — różnego rodzaju, a można powiedzieć nawet, że często, archetypiczne wzorce w odbiorcy, który niekoniecznie musi być tego świadomy. Przy spełnieniu minimalnych warunków jak otwartość, zgoda na to, co się odbywa, może dochodzić do bardzo afektywnych, emocjonalnych reakcji, które tak naprawdę dotyczą wnętrza odbiorcy, który być może potrzebuje pewnego rodzaju procesu, którego być może w przestrzeni codzienności nie doświadcza w takim wymiarze.

Fizyczność dźwięku, jego obecność w sali koncertowej czy w jakiejkolwiek innej przestrzeni, w której się odbywa, sprawia, że w inny sposób funkcjonują obecności. Wszelkiego rodzaju napięcia, które kumuluje ciało i, nazwijmy to w uproszczeniu, duchowość odbiorcy, uczestnika, po prostu pracują w inny sposób.

Mogłoby to zabrzmieć jak opis pewnego mechanizmu czy metodologii, przywołujący historyczne projekty — od futuryzmu po część praktyk kultury industrialnej — w których pojawiała się pokusa totalitarnego projektowania nowej wrażliwości, nowego człowieka czy nowej duchowości. Ale tutaj działa to o wiele bardziej na poziomie nie decyzji, nie dążenia, a raczej znalezienia się w takiej sytuacji.

Mogę zaryzykować pewnego rodzaju redukcję, która, mam nadzieję, nie jest stricte spekulacją, ponieważ te zjawiska materializują się w wielu sytuacjach, których doświadczam. I to po obu stronach tego procesu.

 

Czy rozprawianie o różnego rodzaju kondycjach afektów — o ich skali, rozmiarze i zasięgu, od poziomu prywatnego po geopolityczny — nie powinno mnie przerażać i inspirować do ucieczki od odpowiedzialności za formułowanie tez o mikrozapłonach, procesach przejścia oraz cyrkulacjach spiętrzeń, wybuchów czy wypaleń? Czy w ogóle ten trop ma jakikolwiek sens? Czy wypowiedź publiczna, która formułuje tego rodzaju tezę, nie leży raczej w polu uzurpacji i nie prowadzi właśnie do napięć oraz rosnącej, buzującej toksycznej mgły, w której toczą się rozmowy prywatne, uliczne krzyki czy medialny slop, który zaprzecza sam sobie z każdym kolejnym newsem i każdym kolejnym postem? Nie proponuję niczego, co stałoby blisko takiej mechaniki, choć zdaję sobie sprawę z ryzyka wejścia w schemat osoby, która nie odróżnia dociekań od projekcji i wątpliwych opisów rzeczywistości.

Bez względu na to, czy mamy do czynienia z rytualną funkcją zarządzania niepokojem — co zalotnie może zasilać teorie spiskowe — czy z niebywałym nagromadzeniem nieskoordynowanych procesów, które prowadzą do podobnych rezultatów, rzeczywistość zauważalnie pęcznieje zwielokrotnieniem napięć, skrajnych wypaleń i wybuchów pasyjnych sprzężeń.

Bez względu na to, czy mi wolno czy nie, muszę o tym mówić.

 

Może właśnie to, że coś musi zostać powiedziane, wyrażone, wylane z głośników, nie wymaga informacyjnego ani manifestującego komunikatu. Może właśnie dlatego tak działa, może dlatego pozornie nie niosąca przekazu forma jest idealnym jego ucieleśnieniem. To trudne do schwytania w słowa zjawisko afektywne wisi w przestrzeni, jest nią, jest rzeczywistością, jest wszędzie. Obejmuje nie tylko moje nieuświadomione i nieznane mi, to, które czuje głód, ale także te, którym żyję, które rozpoznaję. Mówi tym, co chciałbym zobaczyć dnia następnego, gdzie widzę siebie po zmianie.
Trzęsę się wtedy w gorączkowej kogitacji, jak długo mogę coś nosić, jak długo mogę na coś wyczekiwać, a to tylko dwa bipolarne wiązania, których wszak jest niepoliczalna ilość, rozpływająca się w masie, którą bez końca tworzymy.

Jednym z najważniejszych spoiw, które nigdy nie znika ze „wspólnego”, jest podziw dla życia. W najtrudniejszych sytuacjach, o których przez cały ten tekst nie mówiłem, a które bez wątpienia nieustannie wracają i przypominają o sobie, ten podziw pozostaje obecny. Obecny jest również w radykalnych wydarzeniach, które każdego dnia dotykają tak wiele osób, a wiele z nich z ich powodu traci życie. A nawet gdy zanika, jego absencja znaczy bardzo wiele.

 

Być może w tym właśnie sensie i duchu zawieramy kontrakty na rzeczy, które jeszcze nie istnieją. Istnienie lub nieistnienie warunku kontraktu nie przesądza o jego ważności i wadze tego aktu. Dzieje się to bez negocjacji, umownego porozumienia, ponieważ „rzecz” dotyczy zjawiska, które każdy albo rozumie albo bez trudu jest zdolny czy gotowy doświadczyć. Odarcie obietnicy z ciężaru sprawia, że umówienie się na przyszłe jeszcze nie istniejące plony nie tylko rekonfiguruje porządek, ale przede wszystkim czyni ryzyko, jakie podejmują obie strony, spoiwem, a nie polem oczekiwania.

 

To świadome przesunięcie konstrukcji prawnej w pole doświadczenia afektywnego obrazuje mechanizm, który sam w sobie organizuje rzeczywistość, w której spotykamy się z żywym aktem dźwiękowym. Gdy wspólnie dzielimy się ryzykiem, nasze afekty, nasze przejścia są lub mogą być innego rodzaju doświadczeniem niż te wszystkie, o których fragmentarycznie próbowałem opowiadać od początku tego tekstu. Nasze przyszłe plony nie są obiecane, nie są częścią ideologii, nie są częścią narracji, które tworzymy, aby próbować mówić konstruktywnie o przyszłości.

Są raczej tym nieuchwytnym, ale obecnym – podobnie jak podziw dla życia – zjawiskiem, które daje nam nieodłączny przywilej, ale też stanowi spoiwo, bez którego zarówno najbardziej intymne, jak i współdzielone doświadczenia pozostaną rozproszone.

Jeśli założyć, że zgadzamy się na to wspólne ryzyko, gdy wchodzimy w tę przestrzeń, to nie dlatego, że wierzymy w przyszłość, ale dlatego, że samo wejście w tę relację jest już bardzo namacalnym dobrem. Dobrem, które nie potrzebuje przyszłego spełnienia, ponieważ rodzi się z samego faktu wspólnego wejścia w możliwość.

 

- – Wiesz, jak stoję teraz tutaj przed tym i w tym, co się właśnie dzieje, nie muszę wiedzieć, co się wydarzy później. Mi to wystarcza. I nawet przypomina mi się to, co tak głęboko zapadło mi w pamięć, że to właściwie nie jest jasne... ale to jest okej.

Zdjęcie: Szymon Szcześniak