Close

To jest rzecz ciała

Sanatorium of Sound 2025 powraca do Sokołowska (7-10 sierpnia), by pod hasłem „To jest rzecz ciała” zrewidować sposób myślenia o dźwięku jako zjawisku fizycznym, afektywnym. Wśród zaproszonych ponad 30 artystów znaleźli się m.in. Ellen Fullman, Mariam Rezaei, duet Jacek Sienkiewicz/Robert Piernikowski oraz berliński kolektyw Gamut Inc.

Już od ponad dekady (dokładnie od 2014 roku), Festiwal Sanatorium Dźwięku, który jest prowadzony przez Fundację Sztuki Współczesnej In Situ, konsekwentnie łączy współczesne podejście do muzyki z wielowymiarową refleksją nad jej społecznym, filozoficznym i artystycznym znaczeniem. Nie inaczej będzie podczas nadchodzącej, UWAGA czterodniowej odsłony wydarzenia. Jej bogaty program obejmie koncerty, performance, instalacje i dyskusje panelowe, prezentując bogate spektrum form artystycznych – od progresywnej muzyki współczesnej po interakcje ze sztukami wizualnymi, ruchem i słowem. 

Tegoroczna 12. edycja, której myśl przewodnią stanowi „To jest rzecz ciała” / „It's a matter of the body”, koncentruje się na cielesnym wymiarze dźwięku jako zjawiska, które nie tylko rozchodzi się w przestrzeni, lecz także rezonuje w fizyczności i emocjach odbiorców, otwierając nowe perspektywy wspólnego doświadczania. – Chcemy pokazać dźwięk jako żywioł fizyczny, emocjonalny i wspólnotowy. Drgające powietrze obejmuje nas ze wszystkich stron, a nasze ciała stają się niezbędnym elementem doświadczenia; przestrzeń, którą tworzymy, staje się wspólna –  dyrektor artystyczny tegorocznej edycji Robert Piotrowicz.

Podobnie jak w poprzednich latach, Sanatorium of Sound zaprezentuje swoje wydarzenia w urokliwych przestrzeniach Sokołowska, w tym w Kinoteatrze Zdrowie, Sali Multimedialnej, Parku Zdrojowym oraz w malowniczych ruinach dziewiętnastowiecznego sanatorium. Przy sanatorium pojawi się nowa scena plenerowa, na której wystąpi m.in. Miriam Rezael. To właśnie te unikalne lokalizacje staną się tłem dla prezentacji twórczości zarówno uznanych postaci międzynarodowej kultury muzycznej, jak i obiecujących, wschodzących osób artystycznych. Umiejscowienie festiwalu w Sokołowsku dodaje mu wyrazistego charakteru, tworząc unikalną przestrzeń spotkań publiczności, osób twórczych i zajmujących się krytyką. Na kilka dni każdego roku ta niewielka miejscowość staje się centrum intensywnej wymiany myśli, integracji i refleksji.

Poprzez koncerty, warsztaty, panele dyskusyjne, sety DJ-skie i wykłady festiwal zachęca do refleksji nad tożsamością – zarówno indywidualną, jak i zbiorową – oraz nad relacjami, jakie budujemy z innymi i z otaczającym nas światem. 


Otwarcie festiwalu nastąpi 7 sierpnia, w czwartek, dużym plenerowym koncertem przy kultowym schronisku Andrzejówka, położonym 3 km od Sokołowska. - Całonocny program zainauguruje występ  premierowego duetu  Sienkiewicz / Piernikowski. Na polanie przy schronisku stanie scena z rozległym miejscem dla publiczności, którą zaprosimy pierwszy raz w historii na taki nocny plenerowy koncert - tłumaczy dyrektorka festiwalu i prezeska In Situ Zuzanna Fogtt. 

Wśród dotychczas ogłoszonych kluczowych artystów znajduje się między innymi Ellen Fullman – ikona sceny eksperymentalnej, której Long String Instrument przekształca architekturę w pulsującą, rezonującą strukturę. Jej performans, łączący elementy rzeźby, kompozycji i fizycznej interakcji z kilkunastometrowymi strunami, stanowi jeden z fundamentalnych punktów programu.

Drugim projektem otwierającym program festiwalu jest nowy i premierowy wspólny projekt Jacka Sienkiewicza i Roberta Piernikowskiego. Sienkiewicz to nie tylko legendarny pionier techno i prowadzący doskonałe wydawnictwo Recognition, a także niecodzienny artysta dźwiękowy, który nieustannie przekracza i poszerza pole swojej pracy. Piernikowski  z kolei przesunął granicę polskich rapsów, aby finalnie zupełnie zrezygnować z użycia swojego ikonicznego głosu. Współpraca obu artystów zapowiada się niezwykle spektakularnie.

Do grona artystów, którzy zaprezentują się w tym roku w Sokołowsku dołącza także Mariam Rezaei – brytyjsko-irańska kompozytorka, turntablistka, dj-ka i improwizatorka. Jej prace i praktyka artystyczna to dynamiczna mieszanka techniki hip-hopowego scratchu, beat-juggle’u i soundartu z rozbudowanymi formami współczesnej muzyki poważnej, nacechowana wolnością i rebelią. Rezaei łączy klubową energię ze złożoną strukturą muzyki elektroakustycznej, a jej hiper szybki i soniczny surrealizm czyni z niej jedną z najciekawszych obecnie innowatorek turntablizmu.

Listę ogłoszonych na ten moment wykonawców zamyka berliński duet retro-futurystyczny Gamut Inc. Projekt tworzą graficzka Marion Wörle oraz kompozytora i gitarzysta Maciej Śledziecki. Oboje  budują własne, sterowane komputerowo maszyny dźwiękowe – od robotycznych perkusji po zautomatyzowane fisharmoniki – oraz programują kościelne organy. Ich prace przekraczają fizyczne możliwości wykonawcze na bardzo tradycyjnych i klasycznych instrumentach, poprzez zastosowanie technologii Midi do kontroli instrumentów badają krytyczne relacje człowieka z technologią.

 

Istotnym elementem tegorocznej edycji Festiwalu będzie piąta odsłona współpracy z twórcami Biura Dźwięku Katowice – Zuzanną Waltoś i Piotrem Ceglarkiem, którzy w ramach programu Biuro w Sanatorium ponownie wzbogacą wydarzenie o głębokie doświadczenia słuchowe, umożliwiając odbiorcom zanurzenie się w dźwięku w wielokanałowym wymiarze.

 

Na plenerowej, wielokanałowej instalacji BDK, na ich specjalne zaproszenie wystąpią: Piotr Kurek, Jędrzej Siwek oraz Piotr Wojtczak.

Piotr Kurek to jeden z najciekawszych twórców polskiej sceny eksperymentalnej, który zaprezentuje koncert oparty na swoich materiałach tworzonych na przełomie lat 90 i 2000. Jędrzej Siwek śląski artysta dźwiękowy wykona dwugodzinny DJ-set na dwa gramofony, czterościeżkowy magnetofon, mikser oraz efekty, płynnie rozwijając narrację w kierunku sound artu, ambientu, muzyki klasycznej, drone’u i lo-fi.  Piotr Wojtczak przedstawi materiał przygotowany w ramach ubiegłorocznej, 26. Mikrorezydencji BDK, zaadaptowany do kontekstu i akustyki Parku Zdrojowego.

Program

Czwartek 07.08.2025
ANDRZEJÓWKA - OTWARCIE FESTIWALU
Piątek 08.08.2025

Biuro Dźwięku Katowice: 

Brickmen DJ Set - cz.1
Piotr Kurek
Brickmen DJ Set - cz.2

SCENA BDK
13:00-17:00
Sanatorium / Muzeum w budowie (ul.Różana 2)
13:00-18:00

Panel Instytutu Narutowicza: książka Zbigniewa Marcina Kowalewskiego "To nie jest kraj dla wolnych ludzi. Sprawa polska w rewolucji haitańskiej"

Prowadząca: Paulina Januszewska, goście: Przemysław Wielgosz, Max Cegielski

Scena BDK
18:00
SCENA PARK
19:30
KINO
21:00
SCENA PARK
22:30
SCENA PARK
23:30
SCENA PARK
0:30
Sobota 09.08.2025

GALAS - śniadanie artystyczne + DJ Set: Adam Radź

SCENA BDK
10:00 - 11:00

BDK: Piotr Wojtczak + Interwencja literacka / proza / Na co pozwalamy sobie i innym: Emilia Konwerska

SCENA BDK
11:00 - 13:00
SCENA BDK
13:00 - 14:00
Sanatorium / Muzeum w budowie (ul.Różana 2)
13:00 - 18:00
SCENA BDK
15:00 - 16:00

Canti Spazializzati #20: Michał Sember / Czarny Latawiec

SCENA BDK
16:00 - 17:00

Panel Instytutu Narutowicza: książka Marka Sedgwicka „Przeciw nowoczesnemu światu. Tradycjonalizm i sekretna historia intelektualna XX wieku”. Prowadząca: Dominika Sitnicka, goście: Dr Marcin Stabrowski, Prof. dr hab. Leszek Koczanowicz, Przemyslaw Witkowski

SCENA BDK
17:00

KONCERT MIESZKANIE - Marek Pospieszalski

18:00 / 20:00
SCENA PARK
19:00

Long String Instrument

CZARNA SALA
21:00
SCENA PARK
22:00

Preemptive Listening (film w reż. Aury Satz)

KINO
0:00
Niedziela 10.08.2025

GALAS - śniadanie artystyczne + DJ Set: Edka Jarząb

SCENA BDK
10:00 - 11:00

Preemptive Listening (film w reż. Aury Satz)

KINO
11:00

BDK: DJ Set: Jędrzej Siwek + Interwencja literacka / poezja / Klucz - Emilia Konwerska

SCENA BDK
11:00 - 13:00
SCENA BDK
13:00
Sanatorium (ul.Różana 2)
13:00 - 18:00

Mudaki

SCENA BDK
14:00 - 15:00

Canti Spazializzati #20: Alina Dzięcioł / Piotr Bednarczyk

SCENA BDK
15:00 - 16:00

Ellen Fullman Long String Instrument

CZARNA SALA
16:00

Panel Instytutu Narutowicza: "Cielesność Pamięci"- spotkanie poświęcone będzie analizie cielesności pamięci w kontekście polskich praktyk upamiętniania Holocaustu i żołnierzy wyklętych. Prowadząca: Emilia Konwerska, goście: Katarzyna Liszka, Wojciech Wilczyk

SCENA BDK
17:00

KONCERT MIESZKANIE - Marek Pospieszalski

17:00 / 20:00
SCENA PARK
18:30

Lazara Rosell Albear

KINO
20:00
KINO
21;30

Zamknięcie Festiwalu - DJ Set: Rabih Beaini (after party)

SCENA PARK
22:30

Sanatorium of Sound to festiwal poświęcony muzyce eksperymentalnej oraz szeroko rozumianej sztuce dźwięku. Jego głównym celem jest przedstawienie możliwie najszerszego spektrum zjawisk związanych z rozwojem form muzycznych w XX i XXI wieku. Dotychczas festiwal pokazał realizacje około 250 artystów z całego świata, wiele z nich powstało specjalnie w kontekście miejsca podczas rezydencji artystycznych w Sokołowsku.

Festiwal Sanatorium of Sound to nie tylko koncerty, ale również szereg realizacji z pogranicza sztuki dźwięku i performance. To również warsztaty edukacyjne, panele dyskusyjne oraz projekty dedykowane specjalnie temu wydarzeniu, takie jak zamówienia kompozytorskie, rezydencje artystyczne oraz praktyki kuratorskie związane z ekologią dźwięku, architekturą, naturą i medycyną, tworzone przez muzyków, kompozytorów, twórców interdyscyplinarnych, ekspertów, teoretyków, naukowców oraz artystów dźwiękowych. Festiwal odbywa się w kilku miejscach w Sokołowsku, m.in. w Kinoteatrze Zdrowie, Sali Multimedialnej, Parku Zdrojowym oraz ruinach XIX-wiecznego sanatorium. Festiwal rokrocznie gromadzi około 1000 uczestników z całego świata, a odwiedza go wyjątkowa, wielopokoleniowa publiczność. Festiwal prowadzą Zuzanna Fogtt i Robert Piotrowicz.

Festiwal Sanatorium of Sound jest organizowany przez Fundację Sztuki Współczesnej In Situ w Sokołowsku. Głównym celem fundacji jest tworzenie i utrzymanie przestrzeni dla sztuki, edukacji i interdyscyplinarnych procesów twórczych. Od 2007 roku fundacja promuje działania z zakresu dziedzictwa międzynarodowego dedykowanego sztuce współczesnej i kulturze, ze szczególnym naciskiem na muzykę, dźwięk, sztukę wizualną, performance oraz film. In Situ organizuje różnorodne wydarzenia kulturalne, takie jak Sokolowsko Film Festival Hommage à Kieslowski, Contexts-International Festival of Ephemeral Arts, Sanatorium of Sound oraz od 2017 roku, zajmuje się archiwami Krzysztofa Kieślowskiego.

Festiwal Sanatorium of Sound jest realizowany od 2014 roku w Sokołowsku - malowniczej, górskiej wiosce na pograniczu Polsko-Czeskim. Sokołowsko to niezwykłe miejsce na mapie Polski, w którym niegdyś lekarz Dr. Hermann Brehmer utworzył pierwsze na świecie specjalistyczne uzdrowisko i sanatorium chorób płuc, będące prototypem dla słynnego szwajcarskiego Davos. Obecnie XIX-wieczny neogotycki budynek projektu słynnego żydowskiego architekta Edwina Opplera jest siedzibą "Laboratorium Kultury" tworzonego przez Fundację Sztuki Współczesnej In Situ.

Festiwal Sanatorium of Sound był wspierany oraz współpracował z instytucjami kultury w Polsce i za granicą, m.in. z EOG, Ministerstwem Funduszy i Polityki Regionalnej, Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Instytutem Adama Mickiewicza, Pro Helvetia, Kultur Des Bundes, Fundacją Polsko-Niemiecką, Fond Podium Kunsten, instytutami polskimi za granicą oraz niezależnymi organizacjami NGO, organizując m.in. Festiwal Sanatorium of Sound w Sokołowsku (2015-2023), Polską muzykę eksperymentalną w Skandynawii (2015-2016), Polską Awangardę Muzyczną XX wieku w Europie Zachodniej (2018-2019) oraz HILO - Polish - Norwegian Platform for New Music Development 2022-2024.

Każdego roku Sanatorium of Sound skupia się na innym temacie, dostosowując program bieżącej edycji do głównej idei festiwalu.

The sonic mystery is revealed through acts of subtraction, as the full orchestra moves in sync with the electronics, but with each shift comes a reduction of live elements, letting the audience figure out what's happening by taking parts of the sound away.
The Wire 09.2023 (Issue 476)
As tuberculosis patients used to soak up the fresh air here a century ago, no people now soak up the music. After all, now we are getting healed here in a different way.
The Quietus 08.2023
Po raz pierwszy w życiu miałem wrażenie, że uczestniczę w festiwalu, w którym nie istnieją już żadne granice między koncertem a instalacją, między improwizacją a kompozycją, między elektroniką a akustyką. A może te granice dopiero teraz przestały istnieć w mojej głowie?
Glissando 09.2016
Zasadniczym celem muzyki eksperymentalnej jest pogłębianie refleksji na temat słuchania, jak również próba ukazania licznych modalności tego procesu. Spośród gości Sanatorium Dźwięku chyba najbardziej konsekwentnie zajmuje się tym Peter Ablinger.
Magazyn Szum 09.2019
At one point, [Lucio Capece] played very soft and extremely beautiful tones on his slide saxophone, enhancing the ambient tones wonderfully. The setting was fine, the weather excellent and the sounds compelling.
olewnick.blogspot.com 08.2016
(...) mission to reposition Sokołowsko as one of Europe’s best-kept cultural secrets by putting together an unusual and curious festival focusing on sound art and noise.
Hyperallergic.com 09.2016
1080x1920_cegla+nazwiska
2024
Sanatorium of Sound 10 Lato
sanatorium_str-12
2024
Sanatorium of Sound 10
preloader
2023
Sanatorium of Sound 9
960x960_04
2022
Sanatorium of Sound Festival 8
logo 7. Sanatorium of Sound
2021
Sanatorium of Sound Festival 7
Musica Sanae
2019
Sanatorium of Sound Festival 6 – Music Sanae
SD 2018 pocztowka
2018
Sanatorium of Sound Festival 5
Palakt_B1_DRUK2 2017
2017
Sanatorium of Sound Festival 4
A3_program_en_DRUK
2016
Sanatorium of Sound Festival 2016
logo sanatorium stare
2015
Sanatorium of Sound 2015
Finansowanie
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury w ramach programu “Muzyka”, realizowanego przez Narodowy Instytut Muzyki i Tańca
Projekt jest współfinansowany przez rządy Czech, Węgier, Polski i Słowacji za pośrednictwem grantów wyszehradzkich z Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego. Misją funduszu jest wspieranie idei zrównoważonej współpracy regionalnej w Europie Środkowej.
Organizator
Partnerzy
Media
To jest rzecz ciała
Robert Piotrowicz

"Gdy pierwszy raz powiedziałem słowo "ciało", poczułem je, usłyszałem i zrozumiałem. Wszystko to stało się w tej samej jednej chwili, choć dopiero później, gdy zobaczyłem biegnących do mnie ludzi, pojąłem sens tego procesu. Czy oni przenosili siebie w moją stronę, czy to tylko ich obraz do mnie docierał, a może chodziło o hałas, który robili waląc butami w drewniany most, wrzeszcząc do mnie. Co robili nie wiedziałem. Ale czułem to tak, że bardziej się nie da."

 

Gdy przyglądamy się jakościom — tym zjawiskom i ideom, które nas otaczają — ciężko pracujemy nad ich poznaniem. Próbujemy je uchwycić, nadać im sens, zrozumieć ich obecność. Krążymy w cyklach, gdzie doświadczenie zawsze wyprzedza akumulację wiedzy. Z każdym krokiem odkrywamy kolejne warstwy pulsujących żywiołów, które nas otaczają, a mimo to często (a może zawsze) pozostajemy niespełnieni — choć otuleni przyjaźnie tym, co słyszymy.

Może to zbyt daleko idące uproszczenie, ale dotyczy tych dominujących nurtów poznania, które społeczeństwa chętnie przyjmują — szybkich, skutecznych, takich postaw, którym wystarcza pobieżny ogląd. A jednak właśnie to bywa źródłem nieustającej frustracji. Albo ekscytacji. Ten proces nie ma końca. Przemieszczamy się, zmieniamy kierunki, nieustannie szukając — przeżywać czy wiedzieć? Czy to pytanie ma w ogóle sens? Może to właśnie w tej niepewności, w nieustannym ruchu, jesteśmy najbliżej siebie.

Można — i to nieustannie się dzieje — próbować oswoić i zorganizować doświadczenie. Podporządkować, kontrolować, spętać. Także to słyszalne. Cały teatr zdarzeń dźwiękowych może zostać podporządkowany — jasność i precyzja ujarzmione, gotowe do powtórzenia, do ponownego wykonania. Ale przeżycie jest zawsze tu i teraz, jednostkowe, pełne afektu. Nie jesteśmy tylko kolekcjonerami danych, aranżerami bibliotek, ale równie mocno — podmiotami zmysłowego rezonansu.

Nie możemy jednocześnie patrzeć przed i za siebie — to oczywiste. Ewolucja dała nam inne narzędzie kontroli przestrzeni: będąc w dźwięku, słuchamy wszędzie wokół siebie. Postrzegamy wyraźnie głębie, odległości, złożoną strukturę audialnej rzeczywistości. Czy nie jest to wyraźny dowód, że dźwięk istniejąc wokół nas jest ciałem, a nie projektowanym na niewidzialnej kopule płaskim zjawiskiem?

Tak, zwykliśmy kojarzyć dźwięk z obrazem otoczenia, krajobrazem ze swoistym widnokręgiem, który nas otacza. Ale dźwięk jest jak niewidzialna ruchoma architektura, lub wprost — rzeźba w ruchu, która odbywa się w naszym otoczeniu. A w zasadzie — to my przebywamy w miejscu, które ona zajmuje, znacząc swoją konstrukcję poruszającym się powietrzem.

Jak ta wszechobecność aktywnego zmysłu, który nieustannie skanuje otoczenie, kształtuje nasze człowieczeństwo? Funkcjonujemy w tej materialnej, choć niewidzialnej strukturze, zanurzeni w wibracjach — oddychamy i poruszamy się. Co poza cielesnością, którą współdzielimy, wspomaga nas jeszcze w pojęciu świata?

Czy nasze cnoty zyskają na tym, że będziemy ćwiczyć się we wrażliwości percepcyjnej? Czy to pozwoli nam być bardziej racjonalnymi? Czy głębsze poznanie pomoże nam zostać w pełni świadomymi? A może uwrażliwienie się na dźwięk jednak zabierze nas z tego porządku świata — aby nasze cnoty mogły uwolnić się choć na chwilę — i pchnie nas w to niemożliwe do opowiedzenia słowami zjawisko, jakim jest dźwięk.

Tak często musimy nadać mu jakiś sens, porównać do zjawisk natury, do znanych praktyk zakodowanych w rzeczywistości. Odbieramy mu przez to samoistność, bo przecież tak trudno — czasem, choć nie zawsze — traktować dźwięk jako osobny żywioł. Musimy konsumować go z dodatkami, z innymi składnikami rzeczywistości.

Trenowanie cnót ciała, przymiotów, aby innemu ciału dać miejsce w sobie, brzmi jak jakiś ultra ezoteryczny mindfulness. Ale dajmy sobie trochę przestrzeni na działania pozornie pozbawione sensu!

Czy dbanie o cnotliwość poznawczą nie wystawia nas przypadkiem na pewne pomieszanie tych cnót? Może nadmierne wzmocnienie wrażliwości na dźwięk innym cnotom wcale nie sprzyja, a wręcz przeciwnie — sabotuje nasze dyspozycje.

Czy nasze poszerzone granice pojmowania tego żywiołu pomogą nam się lepiej odnaleźć w tradycyjnej przestrzeni euklidesowej? Czy świadomość nowej obecności wokół sprzyja nam, czy może ten nadmiar dezorientuje, zbyt poetyzuje nasze otoczenie?

Bywa — a ja twierdzę, że niemal zawsze, przynajmniej dla osoby minimalnie wrażliwej słuchowo — że najprostszy, wyraźny dźwięk (wcale niekoniecznie głośny) przejmuje odbiorcę w sposób niewspółmiernie bardziej istotny niż jakikolwiek adekwatny element wizualny.

Czy biała fasada garażu na osiedlu zrobi takie samo wrażenie jak równie wyraźny, skupiony w sobie dźwięk — prosty jak ta połać bieli? To założenie idealistyczne. Nie mam ambicji rozsądzać sporu pomiędzy widzialnym, a słyszalnym. Próbuję jedynie uchwycić, jak bardzo dźwięk, swoją cielesnością, różni się od wizualnego otoczenia.

Aby dźwięk zaczął się odróżniać, pozwolił się zauważyć, na początku czasem potrzebna jest cisza. W wielu naszych doświadczeniach ciemność także wzmaga to percepcyjne wyczulenie. Czy potrzebujemy tła, którego znaczenie gaśnie wraz z nastaniem dźwięku — i czy to właśnie jest dla nas warunek konieczny? Tu chciałbym zwrócić uwagę na ten kluczowy moment — pojawienia się dźwięku i zmianę statusu środowiska, w którym się znajdujemy — zarówno w sensie percepcyjnym, jak i afektywnym. To moment, w którym przestrzeń zyskuje nowy wymiar, a nasza obecność w niej zostaje przeformatowana przez znaczącą obecność. Zmiana ta może być ledwie zauważalna, ale może też być dramatyczna i radykalna. Czy te zmiany postrzegamy tak samo jak zmiany światła? Zapewne w zakresie głośności tak — „zrobiło się ciszej”. Uważne słuchanie to zapewne jedna z tych praktyk, wzbogacających nasze cnoty percepcyjne — zdolności, które kształtują nie tylko naszą wrażliwość, ale też sposób istnienia wobec otoczenia — nasze postrzeganie siebie w świecie. Jesteśmy w ruchu.

W tym układzie zorientowanie przyjemności — bo zdecydowanie chcę widzieć to jako przyjemność — można uznać za obywające się w co najmniej dwóch kierunkach. Osoba performująca, w zależności od medium, jakim się posługuje, osiąga zawsze określoną przyjemność ciała; dźwięk, który niesie za sobą jej obecność na scenie, sprawia satysfakcję tak grającemu, co zapewne chciałby sam osiągnąć także tym, którzy słuchają. Ich ciała w ten czy inny sposób również doświadczają przyjemności. To oczywiście opis modelu, jak rozchodzi się potencjalna rozkosz, niż gwarancja jej obecności i dystrybucji podczas performansu dźwiękowego. To właśnie rozpraszanie przyjemności prowadzi nas do pytania o jej kierunki i dynamiki — o to, jak ciało dźwięku działa jednocześnie wewnątrz i na zewnątrz.

Znamienny jest dualizm rozpatrywanej przez nas cielesności — nie tyle rozpięta między tym, co w środku, a tym, co otacza, co jednocześnie osadzona w obu tych porządkach, bez konieczności paradoksu i wykluczenia. Rezonując wewnątrz jednego z ciał uczestniczących, dźwięk jednocześnie rozchodzi się wokół — przenika przestrzeń, tworzy relację. Intensywność tej dynamiki zależy od aktywności odbiorcy — od jego gotowości, by wchłonąć i przepuścić przez siebie to, co materialnie niematerialne.

Jeśli spojrzymy na ten proces jak na pole energetyczne obejmujące przestrzeń koncertu, zobaczymy jeden obiektywny, cielesny byt dźwięku, a wokół niego ciała zanurzone w tej samej wibrującej chmurze — skupiska osobnych, lecz rezonujących ośrodków napięcia.

Mimo pozornego ezoterycznego charakteru, opis ten opiera się na rzeczywistym, cielesnym doświadczeniu — jest empiryczny, wręcz zdroworozsądkowy.

Czy doświadczenie somatyczne należy do „wyższych” celów? Może codzienne przeżywanie ciała jest zwykłe, prozaiczne. A przecież — bywa, że właśnie wtedy, podczas ćwiczeń, biegu, napięcia — cielesność nas przekracza, staje się czymś więcej. Osobiście nie potrafię w pełni docenić przyjemności myślenia, jeśli nie towarzyszy jej fizyczne przejście przez ciało — ten naznaczony ślad.

tak — co teraz robi performer? Jaką zajmuje pozycję?
Czy jest wyłącznie osobą zarządzającą chmurą ciał?
A może raczej należy umiejscowić osobę performującą dźwięk w centrum,
które natychmiast się rozprasza, staje się jednym —
pulsuje od siebie w stronę rezonujących uczestników,
aby za chwilę również przyjąć energię zwrotną.

Ten ruch w czasie jest tak niezauważalnie zmienny,
że — poddając się fali entuzjazmu —
zaryzykuję twierdzenie: zatraca się centrum.
Jego zewnętrzne wody płodowe stają się ciałem wspólnym —
rodzi się jedno wibrujące ciało.

Cała sytuacja przestaje być widowiskiem.
Staje się stanem.

Stanem doświadczenia wielu osób naraz,
które jednocześnie dokarmiają swoje prywatne, drgające afekty.

To przedreligijne skupienie
odsyła nas do początków potrzeb,
do ich rudymentalnej jakości —
archetypów,
których, jeśli nawet natychmiast w sobie nie rozpoznajemy,
to i tak żyjemy z nimi w nieustannym alchemicznym procesie.

To swobodne, zadeklarowane uczestnictwo.
Ciało wspólnoty potrafi wtedy nasiąknąć wspólnictwem politycznym —
nie przez manifest czy program, ale przez sam akt obecności.

Ta symboliczna sprawczość — by być razem w dźwięku —
stwarza przestrzeń do pielęgnowania wartości, do bycia ze sobą w zgodzie,
do integracji, która nie musi niczego tłumaczyć.

Nie chodzi tylko o graniczne katharsis.
Także o subtelniejsze formy działania afektywnego pola:
chwilowe zawieszenie obrony, rezonowanie wsparcia,
albo wręcz — w odpowiednich warunkach — ciche formy oporu.

Bo wspólne słuchanie może być gestem politycznym.
Ciałem, które niczego nie żąda — a jednak zmienia.

Być może to właśnie dźwięk jako medium niereprezentujące,
pozwala nam działać razem, zanim o tym pomyślimy.

Po tym wszystkim coś zostaje — i nie zawsze da się to nazwać wspomnieniem. Czasem to napięcie w karku, cichy impuls w ciele, którego nie rozpoznajesz, ale wiesz, że był wcześniej. Coś się zapisało — może nawet nie dźwięk, ale jego obecność. Drganie, które przechodzi przez ciebie jeszcze długo po tym, gdy wszystko się rozproszyło. Bo ta wspólnota — choć już jej nie ma — nadal gdzieś rezonuje. W tle, w ciele, w rytmie dnia, który nagle coś wytrąca. To nie musi być pamięć obrazowa — bardziej jak odprysk energii, cząstka tamtego stanu, która nie zgasła. I nawet jeśli wszystko się rozeszło, to przecież było — i to „było” nie odpuszcza. Czasem wystarczy spięcie mięśnia, soniczny powidok, żeby wróciło. Nie wróci całość, ale wróci fantom. A my przecież jesteśmy złożeni właśnie z takich śladów. Widmowa wspólnota nadal w nas drży — jako ślad, jako mikroempatia, jako coś, czego nie da się wyjaśnić, ale wiadomo, że tam było.

Czasem pamięć rozprasza wspólnotę. Innym razem to wspólnota zostaje w ciele — jako ślad, jako pamięć somatyczna. Nie chodzi o historię ani o dokładność. Chodzi o zapis w tkankach, cień doświadczenia, który nie znika. Zostaje — jak miękkie pęknięcie w oddychaniu, jak napięcie wywołujące coś więcej niż wspomnienie. Tego nie trzeba rozumieć.

Pamięć doświadczenia ciał, które rezonowały razem, przekształca się w symboliczną sprawczość. Bo fala — nawet jeśli dawno ucichła — nie gaśnie. To z niej da się czerpać: do pielęgnowania wartości, do integracji, ale też do mikrooporu. Tego cichego, zmysłowego, nieprzekładalnego na żadne manifesty.

Emocje, które się tam zrodziły, nie kończą się z koncertem. Przechodzą w codzienność, rozszerzają się w ciele, rozlewają w gestach. Mikropolityka emocji działa poza deklaracjami — właśnie wtedy, gdy wspólnota się rozpuściła, ale pozostawiła promieniującą zmianę. Wtedy ciało pamięta, choć wszystko inne już dawno się zmieniło.

Być może nie zawsze trzeba wikłać się w opory, wybierając wolność poza przymusem nieustannego rozważania konfliktu. To nie ucieczka — to może raczej gest samostanowienia, zasilania ducha, czyszczenia ciała ze społecznych toksyn. Bycie gotowym na więcej. Nasze cielesne autonomie zasługują na więcej.

Już prawie na sam koniec, chciałbym jeszcze raz powiedzieć o sile tego zjawiska, o którym jest ten tekst. Już nie o jego znaczeniu, lecz o obezwładniającej obecności — tej, która wciąga, nie pytając o zgodę, a przecież otrzymuje natychmiastowy konsensus. To dzieje się poza aktem woli, a jednak zostaje przyjęte — często z ogromną radością. Ten permanentny stan cielesnej podatności nie wymaga świadomej zgody — ona jest już w nas niejako zapisana (wykluczmy tu świadome akty sonicznej przemocy, tortury i inne formy opresji).

Gdy tracę kontrolę i idę na ślepo, niesiony jego zniewalającą energią, przepływam przez sen, który wydarza się w mojej namacalnej rzeczywistości. W nieświadomym zawiera się cała siła — natychmiastowa reakcja, cielesna odpowiedź powłoki, która pozwala mi czuć. Ten somnambuliczny paradoks — rozpraszający obecność — rozmywa granice pomiędzy ekstatycznym czuciem tego, co tu i teraz, a onirycznym nierzeczywistym. To stan, w którym przechodzimy od świadomej deklaracji, od chęci uczestnictwa — do niemal halucynacyjnej introspekcji, w której granice nie służą już oddzieleniu, lecz scaleniu w jednię.

Ten reżim może wydawać się nieco przemocowy — poddaję się bez szansy na odpowiedź, bez możliwości przekazania pokojowej zgody. Ale czy to nie jest właśnie proces konsensualnej dominacji, o którą sam postuluję, aspirując do granicznych doświadczeń — przejść nie tylko przez siebie, lecz także do wspólnych przejść z innymi? To odpowiedź jest tą racją, która nie pozwala mi nie widzieć doświadczenia dźwiękowego inaczej niż jako cel majaczący gdzieś w poznawczym horyzoncie tła, uwodzący zawsze — nawet gdy o nim nie myślę. To właśnie jest pragnienie, to afirmacja somatycznej odwagi.

Zauważ — ani razu w tym tekście nie padło słowo „ucho” ani „uszy”. Ledwie przemknęło gdzieś „słuchanie”. Nie był to przypadek. Nie zapomniałem o procesie, dzięki któremu całe to doświadczenie jest w ogóle możliwe — o fizycznych właściwościach naszych ciał, które pozwalają przeżyć dźwięk.

Świadomie omijałem ten obszar — nie po to, by go wykluczyć, lecz by przesunąć uwagę. Mówiłem o percepcji przez przestrzeń, powietrze, przez nasze ciała. Przez doświadczenia w nich zapisane, przez gotowość ciała na doświadczanie. To tworzy konkretny obraz: obraz performującego, drżącego powietrza. I właśnie dlatego — na samym końcu — mogę z przyjemnością powiedzieć: dźwięk także widać.

To nie metafora. Nie konceptualizacja. To nie symboliczne przeniesienie. To opis dziejących się procesów fizycznych, które mają swoją objętość, kształt, zasięg. Otaczają nas formy rozwibrowanych cząstek gazu. Nie zapominajmy o ciałach stałych, o cieczach — o wszystkim, co może stać się ośrodkiem propagacji fali akustycznej.

Ta fizyczność dźwięku jest realna. Jest częścią rzeczywistości. Jest obiektywna. Nie jest reprezentacją — jest obecnością. Jest tu, z nami.

Gdyby ktoś powiedział: „to jest niejasne”, możesz odpowiedzieć:
„bo doświadczenie dźwięku też nie jest jasne. Jest cielesne, jest drżące, jest chwilowe.” Mój tekst też taki jest.

Zdjęcie: Szymon Szcześniak
Tekst kuratorski

"Gdy pierwszy raz powiedziałem słowo "ciało", poczułem je, usłyszałem i zrozumiałem. Wszystko to stało się w tej samej jednej chwili, choć dopiero później, gdy zobaczyłem biegnących do mnie ludzi, pojąłem sens tego procesu. Czy oni przenosili siebie w moją stronę, czy to tylko ich obraz do mnie docierał, a może chodziło o hałas, który robili waląc butami w drewniany most, wrzeszcząc do mnie. Co robili nie wiedziałem. Ale czułem to tak, że bardziej się nie da."

 

Gdy przyglądamy się jakościom — tym zjawiskom i ideom, które nas otaczają — ciężko pracujemy nad ich poznaniem. Próbujemy je uchwycić, nadać im sens, zrozumieć ich obecność. Krążymy w cyklach, gdzie doświadczenie zawsze wyprzedza akumulację wiedzy. Z każdym krokiem odkrywamy kolejne warstwy pulsujących żywiołów, które nas otaczają, a mimo to często (a może zawsze) pozostajemy niespełnieni — choć otuleni przyjaźnie tym, co słyszymy.

Może to zbyt daleko idące uproszczenie, ale dotyczy tych dominujących nurtów poznania, które społeczeństwa chętnie przyjmują — szybkich, skutecznych, takich postaw, którym wystarcza pobieżny ogląd. A jednak właśnie to bywa źródłem nieustającej frustracji. Albo ekscytacji. Ten proces nie ma końca. Przemieszczamy się, zmieniamy kierunki, nieustannie szukając — przeżywać czy wiedzieć? Czy to pytanie ma w ogóle sens? Może to właśnie w tej niepewności, w nieustannym ruchu, jesteśmy najbliżej siebie.

Można — i to nieustannie się dzieje — próbować oswoić i zorganizować doświadczenie. Podporządkować, kontrolować, spętać. Także to słyszalne. Cały teatr zdarzeń dźwiękowych może zostać podporządkowany — jasność i precyzja ujarzmione, gotowe do powtórzenia, do ponownego wykonania. Ale przeżycie jest zawsze tu i teraz, jednostkowe, pełne afektu. Nie jesteśmy tylko kolekcjonerami danych, aranżerami bibliotek, ale równie mocno — podmiotami zmysłowego rezonansu.

Nie możemy jednocześnie patrzeć przed i za siebie — to oczywiste. Ewolucja dała nam inne narzędzie kontroli przestrzeni: będąc w dźwięku, słuchamy wszędzie wokół siebie. Postrzegamy wyraźnie głębie, odległości, złożoną strukturę audialnej rzeczywistości. Czy nie jest to wyraźny dowód, że dźwięk istniejąc wokół nas jest ciałem, a nie projektowanym na niewidzialnej kopule płaskim zjawiskiem?

Tak, zwykliśmy kojarzyć dźwięk z obrazem otoczenia, krajobrazem ze swoistym widnokręgiem, który nas otacza. Ale dźwięk jest jak niewidzialna ruchoma architektura, lub wprost — rzeźba w ruchu, która odbywa się w naszym otoczeniu. A w zasadzie — to my przebywamy w miejscu, które ona zajmuje, znacząc swoją konstrukcję poruszającym się powietrzem.

Jak ta wszechobecność aktywnego zmysłu, który nieustannie skanuje otoczenie, kształtuje nasze człowieczeństwo? Funkcjonujemy w tej materialnej, choć niewidzialnej strukturze, zanurzeni w wibracjach — oddychamy i poruszamy się. Co poza cielesnością, którą współdzielimy, wspomaga nas jeszcze w pojęciu świata?

Czy nasze cnoty zyskają na tym, że będziemy ćwiczyć się we wrażliwości percepcyjnej? Czy to pozwoli nam być bardziej racjonalnymi? Czy głębsze poznanie pomoże nam zostać w pełni świadomymi? A może uwrażliwienie się na dźwięk jednak zabierze nas z tego porządku świata — aby nasze cnoty mogły uwolnić się choć na chwilę — i pchnie nas w to niemożliwe do opowiedzenia słowami zjawisko, jakim jest dźwięk.

Tak często musimy nadać mu jakiś sens, porównać do zjawisk natury, do znanych praktyk zakodowanych w rzeczywistości. Odbieramy mu przez to samoistność, bo przecież tak trudno — czasem, choć nie zawsze — traktować dźwięk jako osobny żywioł. Musimy konsumować go z dodatkami, z innymi składnikami rzeczywistości.

Trenowanie cnót ciała, przymiotów, aby innemu ciału dać miejsce w sobie, brzmi jak jakiś ultra ezoteryczny mindfulness. Ale dajmy sobie trochę przestrzeni na działania pozornie pozbawione sensu!

Czy dbanie o cnotliwość poznawczą nie wystawia nas przypadkiem na pewne pomieszanie tych cnót? Może nadmierne wzmocnienie wrażliwości na dźwięk innym cnotom wcale nie sprzyja, a wręcz przeciwnie — sabotuje nasze dyspozycje.

Czy nasze poszerzone granice pojmowania tego żywiołu pomogą nam się lepiej odnaleźć w tradycyjnej przestrzeni euklidesowej? Czy świadomość nowej obecności wokół sprzyja nam, czy może ten nadmiar dezorientuje, zbyt poetyzuje nasze otoczenie?

Bywa — a ja twierdzę, że niemal zawsze, przynajmniej dla osoby minimalnie wrażliwej słuchowo — że najprostszy, wyraźny dźwięk (wcale niekoniecznie głośny) przejmuje odbiorcę w sposób niewspółmiernie bardziej istotny niż jakikolwiek adekwatny element wizualny.

Czy biała fasada garażu na osiedlu zrobi takie samo wrażenie jak równie wyraźny, skupiony w sobie dźwięk — prosty jak ta połać bieli? To założenie idealistyczne. Nie mam ambicji rozsądzać sporu pomiędzy widzialnym, a słyszalnym. Próbuję jedynie uchwycić, jak bardzo dźwięk, swoją cielesnością, różni się od wizualnego otoczenia.

Aby dźwięk zaczął się odróżniać, pozwolił się zauważyć, na początku czasem potrzebna jest cisza. W wielu naszych doświadczeniach ciemność także wzmaga to percepcyjne wyczulenie. Czy potrzebujemy tła, którego znaczenie gaśnie wraz z nastaniem dźwięku — i czy to właśnie jest dla nas warunek konieczny? Tu chciałbym zwrócić uwagę na ten kluczowy moment — pojawienia się dźwięku i zmianę statusu środowiska, w którym się znajdujemy — zarówno w sensie percepcyjnym, jak i afektywnym. To moment, w którym przestrzeń zyskuje nowy wymiar, a nasza obecność w niej zostaje przeformatowana przez znaczącą obecność. Zmiana ta może być ledwie zauważalna, ale może też być dramatyczna i radykalna. Czy te zmiany postrzegamy tak samo jak zmiany światła? Zapewne w zakresie głośności tak — „zrobiło się ciszej”. Uważne słuchanie to zapewne jedna z tych praktyk, wzbogacających nasze cnoty percepcyjne — zdolności, które kształtują nie tylko naszą wrażliwość, ale też sposób istnienia wobec otoczenia — nasze postrzeganie siebie w świecie. Jesteśmy w ruchu.

W tym układzie zorientowanie przyjemności — bo zdecydowanie chcę widzieć to jako przyjemność — można uznać za obywające się w co najmniej dwóch kierunkach. Osoba performująca, w zależności od medium, jakim się posługuje, osiąga zawsze określoną przyjemność ciała; dźwięk, który niesie za sobą jej obecność na scenie, sprawia satysfakcję tak grającemu, co zapewne chciałby sam osiągnąć także tym, którzy słuchają. Ich ciała w ten czy inny sposób również doświadczają przyjemności. To oczywiście opis modelu, jak rozchodzi się potencjalna rozkosz, niż gwarancja jej obecności i dystrybucji podczas performansu dźwiękowego. To właśnie rozpraszanie przyjemności prowadzi nas do pytania o jej kierunki i dynamiki — o to, jak ciało dźwięku działa jednocześnie wewnątrz i na zewnątrz.

Znamienny jest dualizm rozpatrywanej przez nas cielesności — nie tyle rozpięta między tym, co w środku, a tym, co otacza, co jednocześnie osadzona w obu tych porządkach, bez konieczności paradoksu i wykluczenia. Rezonując wewnątrz jednego z ciał uczestniczących, dźwięk jednocześnie rozchodzi się wokół — przenika przestrzeń, tworzy relację. Intensywność tej dynamiki zależy od aktywności odbiorcy — od jego gotowości, by wchłonąć i przepuścić przez siebie to, co materialnie niematerialne.

Jeśli spojrzymy na ten proces jak na pole energetyczne obejmujące przestrzeń koncertu, zobaczymy jeden obiektywny, cielesny byt dźwięku, a wokół niego ciała zanurzone w tej samej wibrującej chmurze — skupiska osobnych, lecz rezonujących ośrodków napięcia.

Mimo pozornego ezoterycznego charakteru, opis ten opiera się na rzeczywistym, cielesnym doświadczeniu — jest empiryczny, wręcz zdroworozsądkowy.

Czy doświadczenie somatyczne należy do „wyższych” celów? Może codzienne przeżywanie ciała jest zwykłe, prozaiczne. A przecież — bywa, że właśnie wtedy, podczas ćwiczeń, biegu, napięcia — cielesność nas przekracza, staje się czymś więcej. Osobiście nie potrafię w pełni docenić przyjemności myślenia, jeśli nie towarzyszy jej fizyczne przejście przez ciało — ten naznaczony ślad.

tak — co teraz robi performer? Jaką zajmuje pozycję?
Czy jest wyłącznie osobą zarządzającą chmurą ciał?
A może raczej należy umiejscowić osobę performującą dźwięk w centrum,
które natychmiast się rozprasza, staje się jednym —
pulsuje od siebie w stronę rezonujących uczestników,
aby za chwilę również przyjąć energię zwrotną.

Ten ruch w czasie jest tak niezauważalnie zmienny,
że — poddając się fali entuzjazmu —
zaryzykuję twierdzenie: zatraca się centrum.
Jego zewnętrzne wody płodowe stają się ciałem wspólnym —
rodzi się jedno wibrujące ciało.

Cała sytuacja przestaje być widowiskiem.
Staje się stanem.

Stanem doświadczenia wielu osób naraz,
które jednocześnie dokarmiają swoje prywatne, drgające afekty.

To przedreligijne skupienie
odsyła nas do początków potrzeb,
do ich rudymentalnej jakości —
archetypów,
których, jeśli nawet natychmiast w sobie nie rozpoznajemy,
to i tak żyjemy z nimi w nieustannym alchemicznym procesie.

To swobodne, zadeklarowane uczestnictwo.
Ciało wspólnoty potrafi wtedy nasiąknąć wspólnictwem politycznym —
nie przez manifest czy program, ale przez sam akt obecności.

Ta symboliczna sprawczość — by być razem w dźwięku —
stwarza przestrzeń do pielęgnowania wartości, do bycia ze sobą w zgodzie,
do integracji, która nie musi niczego tłumaczyć.

Nie chodzi tylko o graniczne katharsis.
Także o subtelniejsze formy działania afektywnego pola:
chwilowe zawieszenie obrony, rezonowanie wsparcia,
albo wręcz — w odpowiednich warunkach — ciche formy oporu.

Bo wspólne słuchanie może być gestem politycznym.
Ciałem, które niczego nie żąda — a jednak zmienia.

Być może to właśnie dźwięk jako medium niereprezentujące,
pozwala nam działać razem, zanim o tym pomyślimy.

Po tym wszystkim coś zostaje — i nie zawsze da się to nazwać wspomnieniem. Czasem to napięcie w karku, cichy impuls w ciele, którego nie rozpoznajesz, ale wiesz, że był wcześniej. Coś się zapisało — może nawet nie dźwięk, ale jego obecność. Drganie, które przechodzi przez ciebie jeszcze długo po tym, gdy wszystko się rozproszyło. Bo ta wspólnota — choć już jej nie ma — nadal gdzieś rezonuje. W tle, w ciele, w rytmie dnia, który nagle coś wytrąca. To nie musi być pamięć obrazowa — bardziej jak odprysk energii, cząstka tamtego stanu, która nie zgasła. I nawet jeśli wszystko się rozeszło, to przecież było — i to „było” nie odpuszcza. Czasem wystarczy spięcie mięśnia, soniczny powidok, żeby wróciło. Nie wróci całość, ale wróci fantom. A my przecież jesteśmy złożeni właśnie z takich śladów. Widmowa wspólnota nadal w nas drży — jako ślad, jako mikroempatia, jako coś, czego nie da się wyjaśnić, ale wiadomo, że tam było.

Czasem pamięć rozprasza wspólnotę. Innym razem to wspólnota zostaje w ciele — jako ślad, jako pamięć somatyczna. Nie chodzi o historię ani o dokładność. Chodzi o zapis w tkankach, cień doświadczenia, który nie znika. Zostaje — jak miękkie pęknięcie w oddychaniu, jak napięcie wywołujące coś więcej niż wspomnienie. Tego nie trzeba rozumieć.

Pamięć doświadczenia ciał, które rezonowały razem, przekształca się w symboliczną sprawczość. Bo fala — nawet jeśli dawno ucichła — nie gaśnie. To z niej da się czerpać: do pielęgnowania wartości, do integracji, ale też do mikrooporu. Tego cichego, zmysłowego, nieprzekładalnego na żadne manifesty.

Emocje, które się tam zrodziły, nie kończą się z koncertem. Przechodzą w codzienność, rozszerzają się w ciele, rozlewają w gestach. Mikropolityka emocji działa poza deklaracjami — właśnie wtedy, gdy wspólnota się rozpuściła, ale pozostawiła promieniującą zmianę. Wtedy ciało pamięta, choć wszystko inne już dawno się zmieniło.

Być może nie zawsze trzeba wikłać się w opory, wybierając wolność poza przymusem nieustannego rozważania konfliktu. To nie ucieczka — to może raczej gest samostanowienia, zasilania ducha, czyszczenia ciała ze społecznych toksyn. Bycie gotowym na więcej. Nasze cielesne autonomie zasługują na więcej.

Już prawie na sam koniec, chciałbym jeszcze raz powiedzieć o sile tego zjawiska, o którym jest ten tekst. Już nie o jego znaczeniu, lecz o obezwładniającej obecności — tej, która wciąga, nie pytając o zgodę, a przecież otrzymuje natychmiastowy konsensus. To dzieje się poza aktem woli, a jednak zostaje przyjęte — często z ogromną radością. Ten permanentny stan cielesnej podatności nie wymaga świadomej zgody — ona jest już w nas niejako zapisana (wykluczmy tu świadome akty sonicznej przemocy, tortury i inne formy opresji).

Gdy tracę kontrolę i idę na ślepo, niesiony jego zniewalającą energią, przepływam przez sen, który wydarza się w mojej namacalnej rzeczywistości. W nieświadomym zawiera się cała siła — natychmiastowa reakcja, cielesna odpowiedź powłoki, która pozwala mi czuć. Ten somnambuliczny paradoks — rozpraszający obecność — rozmywa granice pomiędzy ekstatycznym czuciem tego, co tu i teraz, a onirycznym nierzeczywistym. To stan, w którym przechodzimy od świadomej deklaracji, od chęci uczestnictwa — do niemal halucynacyjnej introspekcji, w której granice nie służą już oddzieleniu, lecz scaleniu w jednię.

Ten reżim może wydawać się nieco przemocowy — poddaję się bez szansy na odpowiedź, bez możliwości przekazania pokojowej zgody. Ale czy to nie jest właśnie proces konsensualnej dominacji, o którą sam postuluję, aspirując do granicznych doświadczeń — przejść nie tylko przez siebie, lecz także do wspólnych przejść z innymi? To odpowiedź jest tą racją, która nie pozwala mi nie widzieć doświadczenia dźwiękowego inaczej niż jako cel majaczący gdzieś w poznawczym horyzoncie tła, uwodzący zawsze — nawet gdy o nim nie myślę. To właśnie jest pragnienie, to afirmacja somatycznej odwagi.

Zauważ — ani razu w tym tekście nie padło słowo „ucho” ani „uszy”. Ledwie przemknęło gdzieś „słuchanie”. Nie był to przypadek. Nie zapomniałem o procesie, dzięki któremu całe to doświadczenie jest w ogóle możliwe — o fizycznych właściwościach naszych ciał, które pozwalają przeżyć dźwięk.

Świadomie omijałem ten obszar — nie po to, by go wykluczyć, lecz by przesunąć uwagę. Mówiłem o percepcji przez przestrzeń, powietrze, przez nasze ciała. Przez doświadczenia w nich zapisane, przez gotowość ciała na doświadczanie. To tworzy konkretny obraz: obraz performującego, drżącego powietrza. I właśnie dlatego — na samym końcu — mogę z przyjemnością powiedzieć: dźwięk także widać.

To nie metafora. Nie konceptualizacja. To nie symboliczne przeniesienie. To opis dziejących się procesów fizycznych, które mają swoją objętość, kształt, zasięg. Otaczają nas formy rozwibrowanych cząstek gazu. Nie zapominajmy o ciałach stałych, o cieczach — o wszystkim, co może stać się ośrodkiem propagacji fali akustycznej.

Ta fizyczność dźwięku jest realna. Jest częścią rzeczywistości. Jest obiektywna. Nie jest reprezentacją — jest obecnością. Jest tu, z nami.

Gdyby ktoś powiedział: „to jest niejasne”, możesz odpowiedzieć:
„bo doświadczenie dźwięku też nie jest jasne. Jest cielesne, jest drżące, jest chwilowe.” Mój tekst też taki jest.

Artists​