Close

Poprzednie edycje

2025

Sanatorium Dźwięku 11

2024

Sanatorium of Sound 10 Lato

Sanatorium of Sound 10 Sokołowsko 02-04 sierpień 2024
2024

Sanatorium of Sound 10

Sanatorium of Sound 10 Sokołowsko 22-24 marca 2024
2023

Sanatorium of Sound 9

Czas. Futuryzm. Rewizje

"Czas. Futuryzm. Rewizje" to motyw 9. edycji Sanatorium of Sound. Program tej edycji festiwalu zawiera również projekty zainicjowane przez HILO - Norwegian-Polish Platform for New Music Development – platformę stworzoną do współpracy pomiędzy polskimi i norweskimi artystami, kuratorami, edukatorami oraz organizatorami działającymi na polu szeroko rozumianej muzyki nowej. Szczególnym wydarzeniem było koncert otwarcia w Kinoteatrze Zdrowie, podczas którego usłyszano wykonanie nowych kompozycji napisanych specjalnie dla The Orchestra of Futurist Noise Intoners, czyli szesnastoosobowego zespołu prowadzonego przez włoskiego kompozytora Luciano Chessa, grającego na replikach eksperymentalnych instrumentów zaprojektowanych przez Luigiego Russolo (tzw. intonarumori). We współpracy z Performa Biennial w Nowym Jorku, Orkiestra Intonarumori (16 instrumentów) została sprowadzona na tę okazję z Nowego Jorku. Koncert ten odbył się w 110. rocznicę ogłoszenia manifestu Art of Noise, a zamówienia kompozytorskie zostały zrealizowane przez takich artystów jak: Luciano Chessa, Klaus Holm, John Hegre, Jon Wesseltoft, Mike McCormick, Guoste Tamulynaite, Magdaléna Manderlová, Mariam Gviniashvili, Martyna Kosecka, Teoniki Rożynek, Aleksandra Słyż, Martyna Poznańska, Piotr Peszat, Jacek Sotomski, Zosia Hołubowska, Gerard Lebik, Marek Chołoniewski. Ponadto w festiwalu udział wzięli m.in. Oren Ambarchi, Robert Piotrowicz, Valerio Tricoli, crys cole, Jenny Pickett, Julien Ottavi, LAI Tsung Yun, Lucia H Chung, YAN Sheng Wen, Lucia H Chung, Ursula Sereghy, Michal Kindernay, Aestum, hermeneia, julek ploski, Avtomat, Sara Persico.

2022

Sanatorium of Sound Festival 8

Czas. Przemijanie i ponadczasowość.

Tematem 8. edycji festiwalu Sanatorium of Sound było jedno z najbardziej nieokreślonych pojęć - czas. Badane były różne jego aspekty, starając się zrozumieć złożoność tego zagadnienia. Pierwszeństwo miały kwestie przemijania i ponadczasowości. Są to dwa aspekty czasu, które się przenikają i uzupełniają. Ze względu na fakt, że warunkują się nawzajem, można je uznać za dwa oblicza ludzkiej skończoności, jak awers i rewers. W życiu codziennym znajdujemy się między Heraklitem a Parmenidesem: jednym okiem patrzymy na upływający czas, drugim na wieczność. Wydaje się, że nie możemy wyjaśnić tego, co jest zmiennego, bez odniesienia go do tego, co jest stałe. Nie możemy mówić o trwaniu, nie wyobrażając sobie, że nosi ono pieczęć pewnego rodzaju niezmienności. Nawet nie możemy mówić o czasie, nie myśląc jednocześnie o wieczności, i vice versa. W trakcie tegorocznej edycji festiwalu Sanatorium of Sound postarano się na chwilę zatrzymać czas i przyjrzeć mu się uważnie. Artyści w 2022 roku: Catherine Lamb, Rebecca Lane, Emilio Gordoa, Burkhard Beins, Jérôme Noetinger, Bakbilvv, Xavier Lopez, Sylwia Żytyńska, Katarina Gryvul, Carsten Stabenov, Björn Erlach, Wacław Szpakowski, Bastian Pfefferli, Charlie, Bryan Eubanks, Hermeneia, Andrew Lafkas, Martyna Basta, Antonina Nowacka, Ryo Ikeshiro, Jan Moss, Paweł Romańczuk, Lena Czerniawska, Biuro Dźwięku Katowice, Todd Capp, Derek Shirley, Sacred Realism, Mario de Vega, Canti Spazializzati Collective, Paweł Szroniak.

2021

Sanatorium of Sound Festival 7

Powrót do normalności

Edycja festiwalu w 2021 roku miała udowodnić, że powrót do normalności był jedynym rozwiązaniem i głównym priorytetem, oraz że nie byliśmy w stanie funkcjonować bez rzeczywistego kontaktu ze sztuką In Situ. Sanatorium of Sound jest festiwalem, którego największym walorem było prezentowanie sztuki dźwięku i wszelkich nowych form eksperymentalnych w kontekście miejsca uzdrowiskowej miejscowości usytuowanej w Sudetach środkowych. Kontekst krajobrazu gór otaczających Sokołowsko, poniemiecka XIX-wieczna architektura, czy wspaniałe powietrze zawsze były nieodłącznymi atrybutami podczas koncertów, wystaw i wszelkiej refleksji na temat nowych tendencji w muzyce współczesnej. Nie mogło być inaczej. Mieliśmy nadzieję, że kryzys globalny mieliśmy już za sobą i że w tym roku spotkamy się znowu, blisko natury, blisko muzyki, blisko siebie. Wracaliśmy do normalności. Edycja 2021 roku program nie ograniczała się do jednej myśli kuratorskiej. Chcieliśmy zabrać głos w wielu ważnych sprawach dotyczących współczesności. Nie mogliśmy przejść obojętnie obok wydarzeń ostatniego roku związanych z pandemią, w tym kontekście chcieliśmy skupić się jednak na poszukiwaniu nowych metod terapii za pomocą dźwięku, kontynuując tym samym projekt Musica Sanae z 2019 roku. Sytuacja polityczna w naszym kraju była również bardzo inspirującym zagadnieniem, artyści zaproszeni na tegoroczną edycję zostali poproszeni o krótki komentarz artystyczny w tej sprawie. No i wreszcie ekologia, temat niepodważalny, aktualny i dotyczący naszej przyszłości. Tworząc program poruszający te ważne tematy, zapewnialiśmy, że wszystko odbyło się bez dramatyzowania i nadmiernego konceptualizowania oraz że balans między intelektualną refleksją a miłym spędzaniem czasu z muzyką w górach był od początku głównym założeniem naszego festiwalu. Artyści m.in.: Aleksandra Słyż, Biliana Voutchkova, Burkhard Beins, Central European Network for Sonic Ecologies, From Scratch New Discantus Quintet, Edka Jarząb, Hugo Esquinca, Joanna Halszka Sokołowska, Justyna Banaszczyk, Katarzyna Podpora, Lubomir Grzelak, Mario de Vega, Max Kohyt, Peter Ablinger, Sebastian Cichocki, Tatiana Heuman aka QEEI, Thomas Lehn, Tim Shaw, Wojciech Kucharczyk.

2019

Sanatorium of Sound Festival 6 - Music Sanae

MUSICA SANAE

W 2019 roku we współpracy z Phonurgia (Naples, Włochy) i NK Projekt (Berlin, Niemcy), Sanatorium zostało zaprezentowane jako MUSICA SANAE, i było kuratorowane przez Michała Liberę. MUSICA SANAE to oparty na badaniach projekt artystyczny poświęcony dźwiękowi i medycynie. Projekt finansowany przez Kulturstiftung des Bundes. Określenie 'Musica Medica' brzmieć może nie tylko jak nazwa cyklu wydarzeń, ale i obietnica – obietnica muzyki “zdrowej”; muzyki bezpiecznej, trzeźwej i zrównoważonej, a nawet muzyki, która leczy. Zwłaszcza jeśli ma ona miejsce we wnętrzach sanatoriów i szpitali. Od początków nowoczesności muzyka i medycyna tworzą razem dziwne sprzężenie zwrotne. Gruntem, na którym ono zachodzi jest słuchanie – przedmiot badań laryngologicznych jak również pole doświadczania muzyki. Tym, co je łączy w ostatnich wiekach jest, paradoksalnie, fundamentalna niewiara w ucho i jego moce poznawcze jako narzędzia słuchu. Owa wątpliwość przecierała szlaki wielu dociekaniom medycznym, badaniom laryngologicznym, a później także telekomunikacji, reprodukcji dźwięku, inwigilacji oraz podsłuchom, i wreszcie - sound artowi. To właśnie ta wątpliwość stoi za wynalezieniem stetoskopu (Rene Laennec) i zastosowaniem technik perkusyjnych w badaniu krtani (Leopold Auenbruger) – chęć usłyszenia więcej, usłyszenia najdrobniejszego dźwięku, usłyszenia tego, co niesłyszalne, a nawet kompletnie bezgłośne, jak guzy w płucach czy bakterie w krtaniach. Z drugiej strony, medycyna rozkwitała przez ostatnie dwieście lat również dzięki rozwojowi wiedzy na temat dźwięku. Wynalazek i popularyzacja kamertonów i tonów prostych szybko doprowadziły do ich powszechnego zastosowania w medycynie. Po pierwsze, stały się one narzędziami terapeutycznymi. Ich wykorzystanie łączy między innymi metody leczenia histerii w słynnym francuskim szpitalu Salpêtrière, z dzisiejszymi praktykami sonopunktury odpowiadającymi na bliżej nieokreślone stresy i napięcia. Po drugie dźwięk szybko okazał się znakomitym narzędziem diagnostycznym, czego ultrasonografia jest tylko najsłynniejszym przykładem. Artyści m.in.: Peter Abliger, Felicia Atkinson, Tiziana Bertoncini, Luciano Chessa, Rudolf Eb.er, Les énérves, Hacklander / Hatam, Carl Michael von Hausswolff, Gerard Lebik, Barbara Kinga Majewska & Tony di Napoli, Maria della Morte, Anthony Pateras, Seppo Renvall & Aspec(t), Testcard.

2018

Sanatorium of Sound Festival 5

Radio Art

Sanatorium of Sound 2018 skupiło się na sztuce radiowej i dźwiękowym performansie, poruszając kwestię dźwięku w przestrzeni zdefiniowanej i niezdefiniowanej. Artyści m.in.:Rasha Ragab, Christoph Nicolaus, Peter Rehberg, Takahiro Kawaguchi, Oramics, Martyna Poznańska, Ute Wassermann, Lee Patterson, Aki Onda, Keith Rowe, Izabela Smelczyńska, Valerio Tricoli, Teoniki Rożynek, Michał Libera, L’tronica Festival, Sébastien Branche, Mikko Savela, Monika Zyla, D’inise, Cyril Bondi, Gerard Lebik, Maryanne Amacher, Lucio Capece, Maciej Ożóg, Paweł Romańczuk, Kondensator Przepływu, Mariusz Knysak, Matěj Frank, Daniel Brożek, Lukaś Jirićka, Zuzanna Fogtt, Paweł Szroniak, Kama Sokolnicka, Wilhelm Bras, Tomasz Opania, Agnes Martin, Knut Aufermann, Sarah Washington, GRINM, Jan Topolski, Filip Lech

2017

Sanatorium of Sound Festival 4

Sanatory17

Kolejny turnus w sokołowskim sanatorium upłynął pod znakiem innowacyjnych kuracji zimnymi i gorącymi dźwiękami, kamieniami i kijkami, zarówno w kinie, jak i plenerze. Dry Mountain Orchestra pod kierunkiem Keitha Rowe’a i Gerarda Lebika wzięło na warsztat konceptualne partytury Christiana Wolffa, poszukując klucza do współczesnej interpretacji muzyki eksperymentalnej. Sanatory17 – wystawa zaprogramowana przez wiedeńskich artystów Klausa Filipa oraz Noida – pokazała współczesne tendencje europejskiej sztuki dźwięku. Kurator Michał Libera zaprezentował z kolei program Cinema Surroundings, którego punktem wyjścia był dźwięk w kinie i jego problematyczny status. Sanatorium of Sound jest festiwalem poświęconym muzyce współczesnej oraz sound artowi organizowanym przez Fundację In Situ prowadzoną przez Zuzannę Fogtt w Sokołowsku. Jego głównym celem było przedstawienie zjawisk i nurtów XX i XXI wieku, zachowując równowagę pomiędzy tradycjami sztuki eksperymentalnej a nowymi, jeszcze nie do końca zdefiniowanymi tendencjami. Program tegorocznej edycji opierał się na kilku filarach, między którymi rozpięta była plątanina drabinek, żagli i lin, umożliwiająca najbardziej karkołomne przejścia i węzły dla zaprawionej publiczności. Jednym z filarów tegorocznej edycji był niewątpliwie Sanatory17, przegląd najnowszego sound artu często powiązanego z lokalizacją i wynikający z cyklu wizyt studyjnych organizowanych przed festiwalem we współpracy z Biurem Wrocław 2016 w ramach Programu Rezydencji Artystycznych AIR Wro. Ryoko Akama w ruinach byłego Sanatorium Brehmera zaprezentowała swoją instalację dźwiękową Objects Migration 01, dedykowaną temu niezwykłemu miejscu, a Julien Ottavi w It Lives on a Farm za pomocą specjalnie przetworzonych ogniw piezoelektrycznych udźwiękowił same rośliny i ich elektryczną aktywność, z kolei w Ghost Hunter starał się uchwycić nieuchwytne brzmienia. Ulla Rauter w TACET poszukiwała ciszy w wielkomiejskim szumie, a w façade scan przekładała faktury ściany na partytury. Imaginary Habitat Ute Wassermann to z kolei cały ekosystem rezonujących przedmiotów na membranach głośników, z kolei Tuning Borisa Baltschuna i Serge’a Baghdassariansa zderzył w ruinach sanatorium wideo z balonem i stałym tonem z glissandem. Wreszcie Christine Schörkhuber zmierzyła się z płączącym problemem migracji i relokacji w We Arrived on the Dark Side of Europe: The Tents of Idomeni, instalacji opartej na namiotach z narracją dźwiękową. We wszystkich pracach powracają wątki ciszy albo przemilczenia, brzmień i głosów niesłyszalnych lub niesłuchanych, ale także relacji między obiektem, obrazem i dźwiękiem, co stanowi linę przerzuconą na sąsiedni maszt programu. Kolejnym filarem Sanatorium of Sound był wątek filmowy, do którego pretekstu dostarczało niedawno w pełni zreanimowane Kino Zdrowie. Cinema Surroundings to program składający się z trzech luźno powiązanych wydarzeń, dla których wspólnym mianownikiem był dźwięk w kinie i jego problematyczny status. Emphysema Michała Libery oraz Barbary Kingi Majewskiej bazowała na ostatniej noweli Franza Kafki Śpiewaczka Józefina, czyli naród myszy oraz sanatoryjnych przypadkach gruźlicy. Łukasz Jastrubczak i Henryk Zastróżny wcielili się w tapers grających do nieistniejącego filmu, nawiązując do słynnego eksperymentu Waltera Ruttmana Wochenende. Z kolei Hilary Jeffery, Giedon Kiers i Zsolt Sőrés w Inconsolable Ghost – Sokołowsko Channelling próbowali redefiniować koncept „poszerzonego kina” poprzez okultyzm i zjawiska paranormalne. Także Piotr Tkacz w swoim Kinie pamięci powrócił do historii miejsca Kina Zdrowie i Sokołowska w formie trzykanałowej instalacji. Alfredo Costa Monteirio zmiksował w Fragments of an Unfinished Tale (A Cinematic Story) ścieżki dźwiękowe z 70 filmów reżyserów krajów bloku wschodniego, a Daniel Muzyczuk przeprowadził analizę klasycznych już eksperymentów Kena Jacobsa i Michaela Snowa. Kino to w końcu fuzja obrazu i dźwięku, optycznej iluzji, magii światła i ruchu, więc nie dziwi, że relacja między audio i wideo stanowi kolejny istotny punkt programu tej edycji festiwalu. Phil Niblock miksował swoje nagrania terenowe w duecie z improwizowanym montażem klipów, za który odpowiadała Katherine Liberovskaya. Noid i Klaus Filip w swoim Photophonie przywracali pionierskie eksperymenty z optosonicznymi syntezatorami epoki DIY. Kolejnym audiowizualnym duetem był Saturn 3, zderzający elektromagnetyczną muzykę Łukasza Szałankiewicza i akustyczne maszyny Arthura Donovana. Wśród działań na pograniczu instalacji i koncertu plasował się Lucio Capece, który powrócił ulubioną nocną porą do parku, jak na zeszłorocznym Sanatorium Dźwięku. Tym razem nad stawem, w godzinach między afterami a świtem, zaprezentował minimalistyczny A Perceptual Ecosystem z fal sinusoidalnych i stroboskopowych świateł, pobudzany ruchami odbiorców. Z kolei Marek Chołoniewski do sterowania swoim audiowizualnym występem Cymatic Brain wykorzystywał ruchy samych myśli, czyli fale mózgowe. Tegoroczny festiwal to także oczywiście koncerty, chociaż i ta forma zazwyczaj zostawała podważona lub przekroczona. Jak chociażby przez Alfredo Costa Monteiro, który zagrał ośmiogodzinny, całonocny performans A Halo of Light Surrounded by Darkness albo Marcina Barskiego w jego radiowym projekcie Sen Wandy. Na pewno jedną z kulminacji zbudował występ duetu dwóch legend free improv, czyli Johna Tilbury’ego na fortepianie i Keitha Rowe’a na amplifikowanej gitarze i innych obiektach. Ten ostatni, wraz z kuratorem festiwalu Gerardem Lebikiem, wystąpił jako lider Dry Mountain Orchestra złożonej z obecnych na festiwalu muzyków. Wspólnie zinterpretowali otwarte partytury Christana Wolffa: Sticks, Stones i Edges, co wpisuje się w sokołowskie powroty do tradycji muzyki eksperymentalnej. Akcentem łączącym muzyczną i wizualną aktywność organizatora festiwalu (Międzynarodowe Laboratorium Kultury) była wystawa grafik Rowe’a inspirowana właśnie notacją Edges Wolffa. Z kolei Julia Eckhardt zagrała na altówce utwór OCCAM IV współtworzony w licznych sesjach z samą mistrzynią Eliane Radigue. Wątek ciągłego dekonstruowania, negocjowania i budowania kanonu był kontynuowany na porannych wykładach i panelach dyskusyjnych: Daniel Brożek opowiedział o tradycji sound artu, a Jan Topolski o muzyce elektronicznej byłej Jugosławii i Czechosłowacji. A o wszystkim można było pomyśleć i zapomnieć podczas wyzwalających nocnych afterów, których muzyczną oprawę zapewniali DJ Dwie Lewe Ręce, DJ Morgiana (za duszno) oraz Bartosz Zaskórski (Pointless Geometry). Po raz trzeci już Biuro Wrocław 2016 wspólnie z Fundacją Sztuki Współczesnej In Situ w ramach Programu Rezydencji Artystycznych AIR Wro zaprosiło artystów dźwiękowych na wizyty studyjne do Sokołowska. A-i-R Sanatorium of Sound Sokołowsko to powstały w marcu 2016 roku program rezydencji dla kompozytorów, improwizatorów i muzyków, którzy efekty swojej pracy prezentują w ramach festiwalu Sanatorium of Sound w Sokołowsku właśnie. W 2016 roku Fundacja Sztuki Współczesnej In Situ wraz z Programem Rezydencji Artystycznych AIR Wro zaprosiła ośmiu artystów tworzących na styku muzyki, nowych mediów i performance'u (m.in. Martin Howse, Keith Rowe, Mario de Vega, Alessandro Bosetti). W tym roku byli to Ryoko Akama, Alfredo Costa Monteiro, Klaus Filip oraz Noid, a ich prace zaprezentowane zostały w ramach festiwalu Sanatorium Dźwięku. Tekst: Jan Topolski

2016

Sanatorium of Sound Festival 2016

Sanatorium of Sound 2016

Program festiwalu Sanatorium of Sound 2016 został ułożony w taki sposób, by rozwijał się wielowątkowo, oscylując wokół kilku głównych tematów, do których należały: poszukiwania w dziedzinie notacji muzycznej, relacje zachodzące między kompozycją a improwizacją, wykorzystanie potencjału miejsca i percepcja przestrzeni dźwiękowej. Festiwalowe działania obejmowały koncerty, instalacje, wykłady, panele dyskusyjne i prezentacje. Pośród wydarzeń specjalnych w tegorocznej edycji Sanatorium of Sound znalazły się koncerty zespołu Ensemble Phoenix, który wykonał kompozycje Roberta Piotrowicza, Kaspera Toeplitza, Alexa Beussa i Antoine’a Chessexa. Program festiwalu obejmował również występy tak cenionych muzyków jak Bryan Eubanks, Xavier Lopez, Anna Zaradny, Jonas Kocher, Gaudenz Badrutt, Kurt Liedwart, Johnny Chang, Mike Majkowski, Lucio Capece, Gerard Lebik, Emilio Gordoa, prezentacje instalacji dźwiękowych, wykłady i panele dyskusyjne z udziałem Briana Olewnicka, Michała Libery, Daniela Muzyczuka, Michała Mendyka, Daniela Brożka, oraz premiery książek przygotowanych przez Pawła Szroniaka i Patryka Lichotę. Tegoroczna edycja odbywała się w partnerstwie z Europejską Stolicą Kultury Wrocław 2016. W ramach projektu A-i-R Sanatorium of Sound Sokołowsko, współorganizowanego przez Program Rezydencji Artystycznych A-i-R Wro, udało się zrealizować osiem pobytów rezydencyjnych, podczas których zaproszeni artyści przygotowywali nowe prace - ich finałowe prezentacje miały miejsce na festiwalu. Udział w tym przedsięwzięciu wzięli: Keith Rowe, Michael Pisaro, Valerio Tricoli, Mario de Vega, Alessandro Bosetti, Martin Howse, Olivia Block oraz Stephen Cornford, czyli jedni z najważniejszych na świecie twórców muzyki współczesnej i sound artu. Program A-i-R Wro został sfinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Zuzanna Fogtt, Gerard Lebik Artyści m.in.: Valerio Tricoli, Mario de Vega, Alessandro Bosetti, Martin Howse, Olivia Block, Michael Pisaro, Stephen Cornford, Keith Rowe, Gerard Lebik, Bryan Eubanks, Mike Majkowski, Anna Zaradny, Lucio Capece, Ensemble Phoenix plays Robert Piotrowicz, Kasper Toeplitz, Alex Beuss, Antoine Cheseex, Kurt Liedwart.

2015

Sanatorium of Sound 2015

Sanatorium of Sound to festiwal poświęcony eksperymentalnej muzyce współczesnej oraz szeroko rozumianej sztuce dźwięku.

Sanatorium of Sound to festiwal poświęcony eksperymentalnej muzyce współczesnej oraz szeroko rozumianej sztuce dźwięku. Jego głównym celem jest przedstawienie możliwie najszerszego spektrum zjawisk związanych z rozwojem form muzycznych w XX i XXI wieku. Gwiazdą edycji 2015 był Keith Rowe – nestor improwizowanej muzyki elektroakustycznej (EAI), wirtuoz preparowania gitary i współzałożyciel słynnego ansamblu AMM. Niewielu twórców mogło się pochwalić równie bogatym dorobkiem, co ten brytyjski wykonawca. Już od pięćdziesięciu lat wyraźnie wpływał na rozwój wolnej improwizacji, aktywnie uczestnicząc w coraz to nowych przedsięwzięciach realizowanych wspólnie z najciekawszymi muzykami z całego świata. Występ Keitha Rowe był elementem dwutygodniowej rezydencji w sokołowskim Laboratorium Kultury. Ważną realizacją, przygotowywaną specjalnie na Sanatorium Dźwięku, było pierwsze polskie wykonanie trzech kompozycji Iannisa Xenakisa: La Legende d'Eer, Bohor i Persepolis pt. II. Utwory zostały zaprezentowane w przestrzeni parku zdrojowego przez Kaspera T. Toeplitza, Gerarda Lebika i zespół perkusistów. Chcąc przybliżyć publiczności procesy ewolucyjne zachodzące w obszarze muzyki eksperymentalnej, do udziału w wydarzeniu zaproszono twórców średniego i młodszego pokolenia reprezentujących najważniejsze ośrodki artystyczne w Europie.Okazją do poznania najnowszych zjawisk rozwijających się w Niemczech były koncerty Axela Dörnera, Burkharda Beinsa, Michaela Renkela, Magdy Mayas czy Tony'ego Bucka (australijskiego perkusisty od lat mieszkającego w Berlinie); scenę austriacką przybliżyli Noid, Matija Schellander i Klaus Filip, natomiast francuską - Jérôme Noetinger, Tomoko Sauvage, Marc Baron i Kasper T. Toeplitz. Wystąpili także tuzy free jazzu ze Skandynawii - Lotte Anker, Raymond Strid i Per Zanussi; portugalski perkusista Gabriel Ferrandini znany z Red Trio, a także radykalny, szwajcarski kompozytor- konceptualista - Manfred Werder, jedna z kluczowych postaci związanych z grupą Wandelweiser. Na festiwalu nie zabrakło czołowych twórców muzyki poszukującej z Polski: Roberta Piotrowicza, Piotra Damasiewicza, Gerarda Lebika, Krzysztofa Topolskiego i Patryka Lichoty. Sanatorium of Sound 2015 to jednak nie tylko wydarzenia sceniczne. Istotnym elementem programu były działania edukacyjne, mające na celu inicjowanie ważkich dyskusji, budowanie więzi środowiskowych oraz kształtowanie świadomości muzycznej publiczności. Były one realizowane trójtorowo: w ciągu weekendu odbyły się spotkania z założycielami renomowanych wytwórni płytowych (Erstwhile, Absinth, Bołt, Bocian i Mikroton); wykłady i sesje panelowe z udziałem czołowych kuratorów i krytyków muzycznych, a uzupełnieniem był specjalny blok filmowy poświęcony wybranym aspektom sztuki dźwięku. Sanatorium of Sound 2015 zaprezentowało nową formę improwizowanej muzyki, hałasu, współczesnej klasyki, elektroakustyki i sztuki dźwiękowej.

To jest rzecz ciała
Robert Piotrowicz

"Gdy pierwszy raz powiedziałem słowo "ciało", poczułem je, usłyszałem i zrozumiałem. Wszystko to stało się w tej samej jednej chwili, choć dopiero później, gdy zobaczyłem biegnących do mnie ludzi, pojąłem sens tego procesu. Czy oni przenosili siebie w moją stronę, czy to tylko ich obraz do mnie docierał, a może chodziło o hałas, który robili waląc butami w drewniany most, wrzeszcząc do mnie. Co robili nie wiedziałem. Ale czułem to tak, że bardziej się nie da."

 

Gdy przyglądamy się jakościom — tym zjawiskom i ideom, które nas otaczają — ciężko pracujemy nad ich poznaniem. Próbujemy je uchwycić, nadać im sens, zrozumieć ich obecność. Krążymy w cyklach, gdzie doświadczenie zawsze wyprzedza akumulację wiedzy. Z każdym krokiem odkrywamy kolejne warstwy pulsujących żywiołów, które nas otaczają, a mimo to często (a może zawsze) pozostajemy niespełnieni — choć otuleni przyjaźnie tym, co słyszymy.

Może to zbyt daleko idące uproszczenie, ale dotyczy tych dominujących nurtów poznania, które społeczeństwa chętnie przyjmują — szybkich, skutecznych, takich postaw, którym wystarcza pobieżny ogląd. A jednak właśnie to bywa źródłem nieustającej frustracji. Albo ekscytacji. Ten proces nie ma końca. Przemieszczamy się, zmieniamy kierunki, nieustannie szukając — przeżywać czy wiedzieć? Czy to pytanie ma w ogóle sens? Może to właśnie w tej niepewności, w nieustannym ruchu, jesteśmy najbliżej siebie.

Można — i to nieustannie się dzieje — próbować oswoić i zorganizować doświadczenie. Podporządkować, kontrolować, spętać. Także to słyszalne. Cały teatr zdarzeń dźwiękowych może zostać podporządkowany — jasność i precyzja ujarzmione, gotowe do powtórzenia, do ponownego wykonania. Ale przeżycie jest zawsze tu i teraz, jednostkowe, pełne afektu. Nie jesteśmy tylko kolekcjonerami danych, aranżerami bibliotek, ale równie mocno — podmiotami zmysłowego rezonansu.

Nie możemy jednocześnie patrzeć przed i za siebie — to oczywiste. Ewolucja dała nam inne narzędzie kontroli przestrzeni: będąc w dźwięku, słuchamy wszędzie wokół siebie. Postrzegamy wyraźnie głębie, odległości, złożoną strukturę audialnej rzeczywistości. Czy nie jest to wyraźny dowód, że dźwięk istniejąc wokół nas jest ciałem, a nie projektowanym na niewidzialnej kopule płaskim zjawiskiem?

Tak, zwykliśmy kojarzyć dźwięk z obrazem otoczenia, krajobrazem ze swoistym widnokręgiem, który nas otacza. Ale dźwięk jest jak niewidzialna ruchoma architektura, lub wprost — rzeźba w ruchu, która odbywa się w naszym otoczeniu. A w zasadzie — to my przebywamy w miejscu, które ona zajmuje, znacząc swoją konstrukcję poruszającym się powietrzem.

Jak ta wszechobecność aktywnego zmysłu, który nieustannie skanuje otoczenie, kształtuje nasze człowieczeństwo? Funkcjonujemy w tej materialnej, choć niewidzialnej strukturze, zanurzeni w wibracjach — oddychamy i poruszamy się. Co poza cielesnością, którą współdzielimy, wspomaga nas jeszcze w pojęciu świata?

Czy nasze cnoty zyskają na tym, że będziemy ćwiczyć się we wrażliwości percepcyjnej? Czy to pozwoli nam być bardziej racjonalnymi? Czy głębsze poznanie pomoże nam zostać w pełni świadomymi? A może uwrażliwienie się na dźwięk jednak zabierze nas z tego porządku świata — aby nasze cnoty mogły uwolnić się choć na chwilę — i pchnie nas w to niemożliwe do opowiedzenia słowami zjawisko, jakim jest dźwięk.

Tak często musimy nadać mu jakiś sens, porównać do zjawisk natury, do znanych praktyk zakodowanych w rzeczywistości. Odbieramy mu przez to samoistność, bo przecież tak trudno — czasem, choć nie zawsze — traktować dźwięk jako osobny żywioł. Musimy konsumować go z dodatkami, z innymi składnikami rzeczywistości.

Trenowanie cnót ciała, przymiotów, aby innemu ciału dać miejsce w sobie, brzmi jak jakiś ultra ezoteryczny mindfulness. Ale dajmy sobie trochę przestrzeni na działania pozornie pozbawione sensu!

Czy dbanie o cnotliwość poznawczą nie wystawia nas przypadkiem na pewne pomieszanie tych cnót? Może nadmierne wzmocnienie wrażliwości na dźwięk innym cnotom wcale nie sprzyja, a wręcz przeciwnie — sabotuje nasze dyspozycje.

Czy nasze poszerzone granice pojmowania tego żywiołu pomogą nam się lepiej odnaleźć w tradycyjnej przestrzeni euklidesowej? Czy świadomość nowej obecności wokół sprzyja nam, czy może ten nadmiar dezorientuje, zbyt poetyzuje nasze otoczenie?

Bywa — a ja twierdzę, że niemal zawsze, przynajmniej dla osoby minimalnie wrażliwej słuchowo — że najprostszy, wyraźny dźwięk (wcale niekoniecznie głośny) przejmuje odbiorcę w sposób niewspółmiernie bardziej istotny niż jakikolwiek adekwatny element wizualny.

Czy biała fasada garażu na osiedlu zrobi takie samo wrażenie jak równie wyraźny, skupiony w sobie dźwięk — prosty jak ta połać bieli? To założenie idealistyczne. Nie mam ambicji rozsądzać sporu pomiędzy widzialnym, a słyszalnym. Próbuję jedynie uchwycić, jak bardzo dźwięk, swoją cielesnością, różni się od wizualnego otoczenia.

Aby dźwięk zaczął się odróżniać, pozwolił się zauważyć, na początku czasem potrzebna jest cisza. W wielu naszych doświadczeniach ciemność także wzmaga to percepcyjne wyczulenie. Czy potrzebujemy tła, którego znaczenie gaśnie wraz z nastaniem dźwięku — i czy to właśnie jest dla nas warunek konieczny? Tu chciałbym zwrócić uwagę na ten kluczowy moment — pojawienia się dźwięku i zmianę statusu środowiska, w którym się znajdujemy — zarówno w sensie percepcyjnym, jak i afektywnym. To moment, w którym przestrzeń zyskuje nowy wymiar, a nasza obecność w niej zostaje przeformatowana przez znaczącą obecność. Zmiana ta może być ledwie zauważalna, ale może też być dramatyczna i radykalna. Czy te zmiany postrzegamy tak samo jak zmiany światła? Zapewne w zakresie głośności tak — „zrobiło się ciszej”. Uważne słuchanie to zapewne jedna z tych praktyk, wzbogacających nasze cnoty percepcyjne — zdolności, które kształtują nie tylko naszą wrażliwość, ale też sposób istnienia wobec otoczenia — nasze postrzeganie siebie w świecie. Jesteśmy w ruchu.

W tym układzie zorientowanie przyjemności — bo zdecydowanie chcę widzieć to jako przyjemność — można uznać za obywające się w co najmniej dwóch kierunkach. Osoba performująca, w zależności od medium, jakim się posługuje, osiąga zawsze określoną przyjemność ciała; dźwięk, który niesie za sobą jej obecność na scenie, sprawia satysfakcję tak grającemu, co zapewne chciałby sam osiągnąć także tym, którzy słuchają. Ich ciała w ten czy inny sposób również doświadczają przyjemności. To oczywiście opis modelu, jak rozchodzi się potencjalna rozkosz, niż gwarancja jej obecności i dystrybucji podczas performansu dźwiękowego. To właśnie rozpraszanie przyjemności prowadzi nas do pytania o jej kierunki i dynamiki — o to, jak ciało dźwięku działa jednocześnie wewnątrz i na zewnątrz.

Znamienny jest dualizm rozpatrywanej przez nas cielesności — nie tyle rozpięta między tym, co w środku, a tym, co otacza, co jednocześnie osadzona w obu tych porządkach, bez konieczności paradoksu i wykluczenia. Rezonując wewnątrz jednego z ciał uczestniczących, dźwięk jednocześnie rozchodzi się wokół — przenika przestrzeń, tworzy relację. Intensywność tej dynamiki zależy od aktywności odbiorcy — od jego gotowości, by wchłonąć i przepuścić przez siebie to, co materialnie niematerialne.

Jeśli spojrzymy na ten proces jak na pole energetyczne obejmujące przestrzeń koncertu, zobaczymy jeden obiektywny, cielesny byt dźwięku, a wokół niego ciała zanurzone w tej samej wibrującej chmurze — skupiska osobnych, lecz rezonujących ośrodków napięcia.

Mimo pozornego ezoterycznego charakteru, opis ten opiera się na rzeczywistym, cielesnym doświadczeniu — jest empiryczny, wręcz zdroworozsądkowy.

Czy doświadczenie somatyczne należy do „wyższych” celów? Może codzienne przeżywanie ciała jest zwykłe, prozaiczne. A przecież — bywa, że właśnie wtedy, podczas ćwiczeń, biegu, napięcia — cielesność nas przekracza, staje się czymś więcej. Osobiście nie potrafię w pełni docenić przyjemności myślenia, jeśli nie towarzyszy jej fizyczne przejście przez ciało — ten naznaczony ślad.

tak — co teraz robi performer? Jaką zajmuje pozycję?
Czy jest wyłącznie osobą zarządzającą chmurą ciał?
A może raczej należy umiejscowić osobę performującą dźwięk w centrum,
które natychmiast się rozprasza, staje się jednym —
pulsuje od siebie w stronę rezonujących uczestników,
aby za chwilę również przyjąć energię zwrotną.

Ten ruch w czasie jest tak niezauważalnie zmienny,
że — poddając się fali entuzjazmu —
zaryzykuję twierdzenie: zatraca się centrum.
Jego zewnętrzne wody płodowe stają się ciałem wspólnym —
rodzi się jedno wibrujące ciało.

Cała sytuacja przestaje być widowiskiem.
Staje się stanem.

Stanem doświadczenia wielu osób naraz,
które jednocześnie dokarmiają swoje prywatne, drgające afekty.

To przedreligijne skupienie
odsyła nas do początków potrzeb,
do ich rudymentalnej jakości —
archetypów,
których, jeśli nawet natychmiast w sobie nie rozpoznajemy,
to i tak żyjemy z nimi w nieustannym alchemicznym procesie.

To swobodne, zadeklarowane uczestnictwo.
Ciało wspólnoty potrafi wtedy nasiąknąć wspólnictwem politycznym —
nie przez manifest czy program, ale przez sam akt obecności.

Ta symboliczna sprawczość — by być razem w dźwięku —
stwarza przestrzeń do pielęgnowania wartości, do bycia ze sobą w zgodzie,
do integracji, która nie musi niczego tłumaczyć.

Nie chodzi tylko o graniczne katharsis.
Także o subtelniejsze formy działania afektywnego pola:
chwilowe zawieszenie obrony, rezonowanie wsparcia,
albo wręcz — w odpowiednich warunkach — ciche formy oporu.

Bo wspólne słuchanie może być gestem politycznym.
Ciałem, które niczego nie żąda — a jednak zmienia.

Być może to właśnie dźwięk jako medium niereprezentujące,
pozwala nam działać razem, zanim o tym pomyślimy.

Po tym wszystkim coś zostaje — i nie zawsze da się to nazwać wspomnieniem. Czasem to napięcie w karku, cichy impuls w ciele, którego nie rozpoznajesz, ale wiesz, że był wcześniej. Coś się zapisało — może nawet nie dźwięk, ale jego obecność. Drganie, które przechodzi przez ciebie jeszcze długo po tym, gdy wszystko się rozproszyło. Bo ta wspólnota — choć już jej nie ma — nadal gdzieś rezonuje. W tle, w ciele, w rytmie dnia, który nagle coś wytrąca. To nie musi być pamięć obrazowa — bardziej jak odprysk energii, cząstka tamtego stanu, która nie zgasła. I nawet jeśli wszystko się rozeszło, to przecież było — i to „było” nie odpuszcza. Czasem wystarczy spięcie mięśnia, soniczny powidok, żeby wróciło. Nie wróci całość, ale wróci fantom. A my przecież jesteśmy złożeni właśnie z takich śladów. Widmowa wspólnota nadal w nas drży — jako ślad, jako mikroempatia, jako coś, czego nie da się wyjaśnić, ale wiadomo, że tam było.

Czasem pamięć rozprasza wspólnotę. Innym razem to wspólnota zostaje w ciele — jako ślad, jako pamięć somatyczna. Nie chodzi o historię ani o dokładność. Chodzi o zapis w tkankach, cień doświadczenia, który nie znika. Zostaje — jak miękkie pęknięcie w oddychaniu, jak napięcie wywołujące coś więcej niż wspomnienie. Tego nie trzeba rozumieć.

Pamięć doświadczenia ciał, które rezonowały razem, przekształca się w symboliczną sprawczość. Bo fala — nawet jeśli dawno ucichła — nie gaśnie. To z niej da się czerpać: do pielęgnowania wartości, do integracji, ale też do mikrooporu. Tego cichego, zmysłowego, nieprzekładalnego na żadne manifesty.

Emocje, które się tam zrodziły, nie kończą się z koncertem. Przechodzą w codzienność, rozszerzają się w ciele, rozlewają w gestach. Mikropolityka emocji działa poza deklaracjami — właśnie wtedy, gdy wspólnota się rozpuściła, ale pozostawiła promieniującą zmianę. Wtedy ciało pamięta, choć wszystko inne już dawno się zmieniło.

Być może nie zawsze trzeba wikłać się w opory, wybierając wolność poza przymusem nieustannego rozważania konfliktu. To nie ucieczka — to może raczej gest samostanowienia, zasilania ducha, czyszczenia ciała ze społecznych toksyn. Bycie gotowym na więcej. Nasze cielesne autonomie zasługują na więcej.

Już prawie na sam koniec, chciałbym jeszcze raz powiedzieć o sile tego zjawiska, o którym jest ten tekst. Już nie o jego znaczeniu, lecz o obezwładniającej obecności — tej, która wciąga, nie pytając o zgodę, a przecież otrzymuje natychmiastowy konsensus. To dzieje się poza aktem woli, a jednak zostaje przyjęte — często z ogromną radością. Ten permanentny stan cielesnej podatności nie wymaga świadomej zgody — ona jest już w nas niejako zapisana (wykluczmy tu świadome akty sonicznej przemocy, tortury i inne formy opresji).

Gdy tracę kontrolę i idę na ślepo, niesiony jego zniewalającą energią, przepływam przez sen, który wydarza się w mojej namacalnej rzeczywistości. W nieświadomym zawiera się cała siła — natychmiastowa reakcja, cielesna odpowiedź powłoki, która pozwala mi czuć. Ten somnambuliczny paradoks — rozpraszający obecność — rozmywa granice pomiędzy ekstatycznym czuciem tego, co tu i teraz, a onirycznym nierzeczywistym. To stan, w którym przechodzimy od świadomej deklaracji, od chęci uczestnictwa — do niemal halucynacyjnej introspekcji, w której granice nie służą już oddzieleniu, lecz scaleniu w jednię.

Ten reżim może wydawać się nieco przemocowy — poddaję się bez szansy na odpowiedź, bez możliwości przekazania pokojowej zgody. Ale czy to nie jest właśnie proces konsensualnej dominacji, o którą sam postuluję, aspirując do granicznych doświadczeń — przejść nie tylko przez siebie, lecz także do wspólnych przejść z innymi? To odpowiedź jest tą racją, która nie pozwala mi nie widzieć doświadczenia dźwiękowego inaczej niż jako cel majaczący gdzieś w poznawczym horyzoncie tła, uwodzący zawsze — nawet gdy o nim nie myślę. To właśnie jest pragnienie, to afirmacja somatycznej odwagi.

Zauważ — ani razu w tym tekście nie padło słowo „ucho” ani „uszy”. Ledwie przemknęło gdzieś „słuchanie”. Nie był to przypadek. Nie zapomniałem o procesie, dzięki któremu całe to doświadczenie jest w ogóle możliwe — o fizycznych właściwościach naszych ciał, które pozwalają przeżyć dźwięk.

Świadomie omijałem ten obszar — nie po to, by go wykluczyć, lecz by przesunąć uwagę. Mówiłem o percepcji przez przestrzeń, powietrze, przez nasze ciała. Przez doświadczenia w nich zapisane, przez gotowość ciała na doświadczanie. To tworzy konkretny obraz: obraz performującego, drżącego powietrza. I właśnie dlatego — na samym końcu — mogę z przyjemnością powiedzieć: dźwięk także widać.

To nie metafora. Nie konceptualizacja. To nie symboliczne przeniesienie. To opis dziejących się procesów fizycznych, które mają swoją objętość, kształt, zasięg. Otaczają nas formy rozwibrowanych cząstek gazu. Nie zapominajmy o ciałach stałych, o cieczach — o wszystkim, co może stać się ośrodkiem propagacji fali akustycznej.

Ta fizyczność dźwięku jest realna. Jest częścią rzeczywistości. Jest obiektywna. Nie jest reprezentacją — jest obecnością. Jest tu, z nami.

Gdyby ktoś powiedział: „to jest niejasne”, możesz odpowiedzieć:
„bo doświadczenie dźwięku też nie jest jasne. Jest cielesne, jest drżące, jest chwilowe.” Mój tekst też taki jest.

Zdjęcie: Szymon Szcześniak