Close

Czas. Futuryzm. Rewizje

Sanatorium of Sound Festival 09 to motyw 9. edycji festiwalu Sanatorium of Sound. Festiwal odbędzie się w dniach 11-13 sierpnia w Sokołowsku. 

Festiwal Sanatorium of Sound jest prowadzony przez Fundację Sztuki Współczesnej In Situ w Sokołowsku. Ideą festiwalu jest prezentacja możliwie najszerszego spektrum zjawisk związanych z rozwojem form muzycznych XX i XXI wieku, zachowując równowagę pomiędzy tradycjami muzycznego eksperymentu rozwijanymi w ostatnich dziesięcioleciach, a nowymi, jeszcze nieustrukturyzowanymi tendencjami sztuki dźwięku.

O znaczeniu i możliwościach dźwięku dobrze świadczy fakt, że impulsem wiodącym do rewolucji w sztuce XX wieku było doświadczenie audiosfery nowoczesnej metropolii. Jak pisał Filippo Tommaso Marinetti w Manifeście futuryzmu (1909): „Drgnęliśmy nagle na dźwięk przeraźliwego hałasu olbrzymich piętrowych tramwajów”. Wtórował mu Luigi Russolo w Sztuce hałasów (1913): „Życie przeszłości było ciszą. Dopiero w wieku XIX wraz z wynalezieniem maszyn narodził się hałas. Dziś hałas triumfuje i panuje suwerennie nad wrażliwością ludzi”.

W sferze plastyki i literatury pojęcie hałasu funkcjonowało jako pojemna metafora, pozwalająca opisać chociażby tempo wielkomiejskiego życia lub rozdarcie ludzkiej podmiotowości, jednak w muzyce był to czynnik niosący zmiany o znaczeniu prawdziwie fundamentalnym, bo pozwalającym znacząco poszerzyć zasób środków ekspresji i repozytorium form, a zarazem konceptualnie przepracować podstawowe pojęcia dyskursu muzycznego. Stanowił istotny punkt odniesienia zarówno dla Edgarda Verèse’a, Johna Cage’a, jak i Zbigniewa Karkowskiego.

Współcześnie hałas nadal jest fenomenem. Występuje on w nowych wcieleniach, z łatwością dostosowując się do realiów świata 3.0. Nie chodzi tu więc wyłącznie o ekologię dźwięku, ale o cały obszar zjawisk związanych z przekazem informacji, cyberprzestrzenią, mediami, sztuką. Podczas tegorocznej edycji Sanatorium Dźwięku chcemy wrócić do momentu narodzin hałasu, który objawił się w płomiennych odezwach włoskich futurystów. Spróbujemy tym samym zrewidować historię awangardy, upatrując w niej zarówno inspiracji, jak i wskazując na postulaty, które z dzisiejszej perspektywy wydają się być reakcyjne czy wręcz groźne pod względem politycznym. Poszukamy odpowiedzi na pytanie, czym miałby być nowy futuryzm i gdzie szukać jego korzeni, źródeł ideowo-artystycznych.

Szczególnym wydarzeniem festiwalu będzie koncert otwarcia w Kinie Zdrowie, podczas którego usłyszymy wykonanie nowych kompozycji napisanych specjalnie dla The Orchestra of Futurist Noise Intoners czyli szesnastoosobowego zespołu prowadzonego przez włoskiego kompozytora Luciano Chessa, grającego na replikach eksperymentalnych instrumentów zaprojektowanych przez Luigiego Russolo (tzw. intonarumori). We współpracy z  Performa biennial, Orkiestra Intonarumori (16 instrumentów) jest sprowadzona na tę okazję z Nowego Jorku. Koncert ten odbędzie się w 110-lecie ogłoszenia manifestu Art of Noise, a festiwalowe zamówienia kompozytorskie zrealizowane przez Johna Hegre, Mariam Gviniashvili, Aleksandrę Słyż oraz Gerarda Lebika,  wykona orkiestra w składzie: Klaus Holm, John Hegre, Jon Wesseltoft, Mike McCormick, Guoste Tamulynaite,  Magdaléna Manderlová, Mariam Gviniashvili, Martyna Kosecka, Teoniki Rożynek, Aleksandra Słyż, Martyna Poznańska, Piotr Peszat, Jacek Sotomski, Zosia Hołubowska, Gerard Lebik, Marek Chołoniewski, dyrygowana przez Luciano Chessa. Artyści zaangażowani w projekt The Orchestra of Futurist Noise Intoners zaprezentują również swoje solowe prace na wielokanałowym systemie dźwiękowym  Biura Dźwięku Katowice. Z BDK wystąpią również: Justyna Stasiowska i Szymon Szewczyk.

Swoje noisowe wizje muzyczne zaprezentują australijski kompozytor i gitarzysta Oren Ambarchi, Robert Piotrowicz eksplorujący świat muzyki modularnej, biorący na warsztat magnetofony szpulowe Włoch Valerio Tricoli czy crys cole – kanadyjska artystka dźwiękowa pracująca m.in z kompozycją i improwizowanym performansem. Magdalena Manderlova, Paweł Kulczyński oraz artystka związana z Sokołowskiem – Edka Jarząb pokażą indywidualne spojrzenie na instalacje dźwiękowe.  

Austriacki członek Academy of Arts w Berlinie Peter Ablinger, zaliczany do grona najbardziej wpływowych kompozytorów muzyki współczesnej XX wieku, zaprezentuje m.in.: THE REAL AS IMAGINARY (2012), Beehive – sound sculpture, 2021, General Strike of Art, C-A-G-E, Music Mirror oraz WEISS / WEISSLICH 25b/25c. 

W programie również premierowa kolaboracja Lacking sound Fest oraz Electropixel Festival SUBTROPICAL OSCILLATION II / ELECTROPIXEL ULTIMATE SOUND WAVES. Francuscy artyści Jenny Pickett i Julien Ottavi połączą siły z reprezentantami tajwańskiego undergroundu: Lai Tsung Yun, Huang Ya Nung, Lucia H Chung, Yan Sheng Wen. Dodatkowo, ich solowe projekty audiowizualne będzie można zobaczyć w spektakularnych ruinach byłego Sanatorium Dr. Brehmera.

Czeską scenę muzyki eksperymentalnej będą w tym roku reprezentować: Ursula Sereghy, Michal Kindernay oraz Aestum. Z kolei niestandardowe podejście do muzyki klubowej zaprezentują: hermeneia, julek ploski, Avtomat i Sara Persico

Nie zabraknie również premier wydawniczych. Pod szyldem kooperacji labelu Sokołowsko Music z wytwórnią Bocian Records ukaże się album Valerio Tricoli pt. Silesian Seizures Showtimes – koncert nagrany podczas jego występu na festiwalu w 2018, oraz duet Keith Rowe / Gerard Lebik pt. “Dry Mountain”, wydany nakładem Inexhaustible Editions.

Problematyce związanej z futuryzmem poświęcony zostanie specjalny cykl wykładów i dyskusji z udziałem artystów i badaczy awangardy kuratorowany przez wrocławskiego literaturoznawcę Pawła Szroniaka. W programie m.in. rozmowy o  reakcyjnej awangardzie, rozważania na temat roli AI w sztuce, historia Intonarumori, oraz dyskusja wokół książki Walking From Scores Eleny Biserny. Swój udział w panelach potwierdzili: Daniel Muzyczuk, Agnieszka Pindera, Joanna Sokołowska, Maciej Ożóg, Canti Spazializzati. 

 

Rokrocznie program festiwalu rozwija się wielowarstwowo, obejmując koncerty, zamówienia kompozytorskie, instalacje dźwiękowe, performansy, warsztaty, dyskusje, rezydencje artystyczne oraz praktyki kuratorskie związane z ekologią dźwięku, architekturą, naturą i medycyną. Od roku 2015 festiwal zaprezentował około 250 projektów artystów z całego świata, a wiele z nich powstało na zamówienie podczas rezydencji artystycznych w Sokołowsku –  uzdrowiskowej miejscowości usytuowanej w Sudetach Środkowych, gdzie w XIX wieku w budynku zaprojektowanym przez wybitnego architekta Edwina Opplera, niemiecki lekarz Dr. Hermann Brehmer założył pierwsze na świecie sanatorium chorób płuc. Krajobraz gór otaczających Sokołowsko, poniemiecka XIX-wieczna architektura czy wspaniałe powietrze zawsze były nieodłącznymi atrybutami działań na polu sztuki dźwięku i wszelkiej refleksji na temat sztuk dźwiękowych. 

Program tegorocznej edycji festiwalu to również projekty zainicjowane przez HILO – Norwegian-Polish Platform for New Music Development – platformę stworzoną do współpracy pomiędzy polskimi i norweskimi artystami, kuratorami, edukatorami i organizatorami działającymi na polu szeroko rozumianej muzyki nowej.

Projekt HILO jest realizowany przez Fundację Sztuki Współczesnej In Situ i Międzynarodowe Laboratorium Kultury w Sokołowsku. Partnerami projektu są: nyMusikk – Norway’s centre for contemporary music, Sanatorium of Sound Festival, Only Connect Festival, Punkt Festival, Uniwersytet w Agder, Sokołowsko Jazz, Avant Art Festival, Centrum Sztuki Współczesnej ŁAŹNIA, Fundacja Ładne Historie oraz Akademia Sztuk Pięknych w Gdańsku.

Projekt HILO jest finansowany przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię w ramach Działania 2 Poprawa dostępu do kultury i sztuki Programu Kultura w ramach Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego 2014-2021. 

Projekt jest współfinansowany przez rządy Czech, Węgier, Polski i Słowacji w ramach Grantów Wyszehradzkich Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego. Misją funduszu jest promowanie idei zrównoważonej współpracy regionalnej w Europie Środkowej.

Czytaj dalej

Program

12 sierpnia
Park
02:00

Sanatorium Dźwięku to festiwal skoncentrowany na muzyce eksperymentalnej oraz szeroko pojętej sztuce dźwiękowej i sonicznej. Jego głównym celem jest prezentacja jak najszerszego spektrum zjawisk związanych z rozwojem form muzycznych w XX i XXI wieku, z zachowaniem równowagi pomiędzy tradycjami muzyki eksperymentalnej ostatnich kilku dekad a nowymi, wciąż pozbawionymi struktury tendencjami. Dotychczas na festiwalu zaprezentowano realizacje około 200 artystów z całego świata. Festiwal kierowany jest przez Gerarda Lebika i Zuzannę Fogtt i odbywa się w miejscowości Sokołowsko w górach na granicy polsko-czeskiej.

1080x1080
2025
Sanatorium Dźwięku 11
1080x1920_cegla+nazwiska
2024
Sanatorium of Sound 10 Lato
sanatorium_str-12
2024
Sanatorium of Sound 10
960x960_04
2022
Sanatorium of Sound Festival 8
logo 7. Sanatorium of Sound
2021
Sanatorium of Sound Festival 7
Musica Sanae
2019
Sanatorium of Sound Festival 6 – Music Sanae
SD 2018 pocztowka
2018
Sanatorium of Sound Festival 5
Palakt_B1_DRUK2 2017
2017
Sanatorium of Sound Festival 4
A3_program_en_DRUK
2016
Sanatorium of Sound Festival 2016
logo sanatorium stare
2015
Sanatorium of Sound 2015
Partnerzy
Finansowanie
Projekt “HILO - Norwegian-Polish Platform for new Music Development” dofinansowano ze środków Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego (MF EOG) 2014-2021 oraz ze środków budżetu państwa.
Organizator
Partnerzy
Projekt jest współfinansowany przez rządy Czech, Węgier, Polski i Słowacji w ramach Grantów Wyszehradzkich Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego. Misją funduszu jest promowanie idei zrównoważonej współpracy regionalnej w Europie Środkowej.
Finansowanie
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury w ramach programu “Muzyka”, realizowanego przez Narodowy Instytut Muzyki i Tańca
Projekt jest współfinansowany przez rządy Czech, Węgier, Polski i Słowacji za pośrednictwem grantów wyszehradzkich z Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego. Misją funduszu jest wspieranie idei zrównoważonej współpracy regionalnej w Europie Środkowej.
Organizator
Partnerzy
Media
To jest rzecz ciała
Robert Piotrowicz

"Gdy pierwszy raz powiedziałem słowo "ciało", poczułem je, usłyszałem i zrozumiałem. Wszystko to stało się w tej samej jednej chwili, choć dopiero później, gdy zobaczyłem biegnących do mnie ludzi, pojąłem sens tego procesu. Czy oni przenosili siebie w moją stronę, czy to tylko ich obraz do mnie docierał, a może chodziło o hałas, który robili waląc butami w drewniany most, wrzeszcząc do mnie. Co robili nie wiedziałem. Ale czułem to tak, że bardziej się nie da."

 

Gdy przyglądamy się jakościom — tym zjawiskom i ideom, które nas otaczają — ciężko pracujemy nad ich poznaniem. Próbujemy je uchwycić, nadać im sens, zrozumieć ich obecność. Krążymy w cyklach, gdzie doświadczenie zawsze wyprzedza akumulację wiedzy. Z każdym krokiem odkrywamy kolejne warstwy pulsujących żywiołów, które nas otaczają, a mimo to często (a może zawsze) pozostajemy niespełnieni — choć otuleni przyjaźnie tym, co słyszymy.

Może to zbyt daleko idące uproszczenie, ale dotyczy tych dominujących nurtów poznania, które społeczeństwa chętnie przyjmują — szybkich, skutecznych, takich postaw, którym wystarcza pobieżny ogląd. A jednak właśnie to bywa źródłem nieustającej frustracji. Albo ekscytacji. Ten proces nie ma końca. Przemieszczamy się, zmieniamy kierunki, nieustannie szukając — przeżywać czy wiedzieć? Czy to pytanie ma w ogóle sens? Może to właśnie w tej niepewności, w nieustannym ruchu, jesteśmy najbliżej siebie.

Można — i to nieustannie się dzieje — próbować oswoić i zorganizować doświadczenie. Podporządkować, kontrolować, spętać. Także to słyszalne. Cały teatr zdarzeń dźwiękowych może zostać podporządkowany — jasność i precyzja ujarzmione, gotowe do powtórzenia, do ponownego wykonania. Ale przeżycie jest zawsze tu i teraz, jednostkowe, pełne afektu. Nie jesteśmy tylko kolekcjonerami danych, aranżerami bibliotek, ale równie mocno — podmiotami zmysłowego rezonansu.

Nie możemy jednocześnie patrzeć przed i za siebie — to oczywiste. Ewolucja dała nam inne narzędzie kontroli przestrzeni: będąc w dźwięku, słuchamy wszędzie wokół siebie. Postrzegamy wyraźnie głębie, odległości, złożoną strukturę audialnej rzeczywistości. Czy nie jest to wyraźny dowód, że dźwięk istniejąc wokół nas jest ciałem, a nie projektowanym na niewidzialnej kopule płaskim zjawiskiem?

Tak, zwykliśmy kojarzyć dźwięk z obrazem otoczenia, krajobrazem ze swoistym widnokręgiem, który nas otacza. Ale dźwięk jest jak niewidzialna ruchoma architektura, lub wprost — rzeźba w ruchu, która odbywa się w naszym otoczeniu. A w zasadzie — to my przebywamy w miejscu, które ona zajmuje, znacząc swoją konstrukcję poruszającym się powietrzem.

Jak ta wszechobecność aktywnego zmysłu, który nieustannie skanuje otoczenie, kształtuje nasze człowieczeństwo? Funkcjonujemy w tej materialnej, choć niewidzialnej strukturze, zanurzeni w wibracjach — oddychamy i poruszamy się. Co poza cielesnością, którą współdzielimy, wspomaga nas jeszcze w pojęciu świata?

Czy nasze cnoty zyskają na tym, że będziemy ćwiczyć się we wrażliwości percepcyjnej? Czy to pozwoli nam być bardziej racjonalnymi? Czy głębsze poznanie pomoże nam zostać w pełni świadomymi? A może uwrażliwienie się na dźwięk jednak zabierze nas z tego porządku świata — aby nasze cnoty mogły uwolnić się choć na chwilę — i pchnie nas w to niemożliwe do opowiedzenia słowami zjawisko, jakim jest dźwięk.

Tak często musimy nadać mu jakiś sens, porównać do zjawisk natury, do znanych praktyk zakodowanych w rzeczywistości. Odbieramy mu przez to samoistność, bo przecież tak trudno — czasem, choć nie zawsze — traktować dźwięk jako osobny żywioł. Musimy konsumować go z dodatkami, z innymi składnikami rzeczywistości.

Trenowanie cnót ciała, przymiotów, aby innemu ciału dać miejsce w sobie, brzmi jak jakiś ultra ezoteryczny mindfulness. Ale dajmy sobie trochę przestrzeni na działania pozornie pozbawione sensu!

Czy dbanie o cnotliwość poznawczą nie wystawia nas przypadkiem na pewne pomieszanie tych cnót? Może nadmierne wzmocnienie wrażliwości na dźwięk innym cnotom wcale nie sprzyja, a wręcz przeciwnie — sabotuje nasze dyspozycje.

Czy nasze poszerzone granice pojmowania tego żywiołu pomogą nam się lepiej odnaleźć w tradycyjnej przestrzeni euklidesowej? Czy świadomość nowej obecności wokół sprzyja nam, czy może ten nadmiar dezorientuje, zbyt poetyzuje nasze otoczenie?

Bywa — a ja twierdzę, że niemal zawsze, przynajmniej dla osoby minimalnie wrażliwej słuchowo — że najprostszy, wyraźny dźwięk (wcale niekoniecznie głośny) przejmuje odbiorcę w sposób niewspółmiernie bardziej istotny niż jakikolwiek adekwatny element wizualny.

Czy biała fasada garażu na osiedlu zrobi takie samo wrażenie jak równie wyraźny, skupiony w sobie dźwięk — prosty jak ta połać bieli? To założenie idealistyczne. Nie mam ambicji rozsądzać sporu pomiędzy widzialnym, a słyszalnym. Próbuję jedynie uchwycić, jak bardzo dźwięk, swoją cielesnością, różni się od wizualnego otoczenia.

Aby dźwięk zaczął się odróżniać, pozwolił się zauważyć, na początku czasem potrzebna jest cisza. W wielu naszych doświadczeniach ciemność także wzmaga to percepcyjne wyczulenie. Czy potrzebujemy tła, którego znaczenie gaśnie wraz z nastaniem dźwięku — i czy to właśnie jest dla nas warunek konieczny? Tu chciałbym zwrócić uwagę na ten kluczowy moment — pojawienia się dźwięku i zmianę statusu środowiska, w którym się znajdujemy — zarówno w sensie percepcyjnym, jak i afektywnym. To moment, w którym przestrzeń zyskuje nowy wymiar, a nasza obecność w niej zostaje przeformatowana przez znaczącą obecność. Zmiana ta może być ledwie zauważalna, ale może też być dramatyczna i radykalna. Czy te zmiany postrzegamy tak samo jak zmiany światła? Zapewne w zakresie głośności tak — „zrobiło się ciszej”. Uważne słuchanie to zapewne jedna z tych praktyk, wzbogacających nasze cnoty percepcyjne — zdolności, które kształtują nie tylko naszą wrażliwość, ale też sposób istnienia wobec otoczenia — nasze postrzeganie siebie w świecie. Jesteśmy w ruchu.

W tym układzie zorientowanie przyjemności — bo zdecydowanie chcę widzieć to jako przyjemność — można uznać za obywające się w co najmniej dwóch kierunkach. Osoba performująca, w zależności od medium, jakim się posługuje, osiąga zawsze określoną przyjemność ciała; dźwięk, który niesie za sobą jej obecność na scenie, sprawia satysfakcję tak grającemu, co zapewne chciałby sam osiągnąć także tym, którzy słuchają. Ich ciała w ten czy inny sposób również doświadczają przyjemności. To oczywiście opis modelu, jak rozchodzi się potencjalna rozkosz, niż gwarancja jej obecności i dystrybucji podczas performansu dźwiękowego. To właśnie rozpraszanie przyjemności prowadzi nas do pytania o jej kierunki i dynamiki — o to, jak ciało dźwięku działa jednocześnie wewnątrz i na zewnątrz.

Znamienny jest dualizm rozpatrywanej przez nas cielesności — nie tyle rozpięta między tym, co w środku, a tym, co otacza, co jednocześnie osadzona w obu tych porządkach, bez konieczności paradoksu i wykluczenia. Rezonując wewnątrz jednego z ciał uczestniczących, dźwięk jednocześnie rozchodzi się wokół — przenika przestrzeń, tworzy relację. Intensywność tej dynamiki zależy od aktywności odbiorcy — od jego gotowości, by wchłonąć i przepuścić przez siebie to, co materialnie niematerialne.

Jeśli spojrzymy na ten proces jak na pole energetyczne obejmujące przestrzeń koncertu, zobaczymy jeden obiektywny, cielesny byt dźwięku, a wokół niego ciała zanurzone w tej samej wibrującej chmurze — skupiska osobnych, lecz rezonujących ośrodków napięcia.

Mimo pozornego ezoterycznego charakteru, opis ten opiera się na rzeczywistym, cielesnym doświadczeniu — jest empiryczny, wręcz zdroworozsądkowy.

Czy doświadczenie somatyczne należy do „wyższych” celów? Może codzienne przeżywanie ciała jest zwykłe, prozaiczne. A przecież — bywa, że właśnie wtedy, podczas ćwiczeń, biegu, napięcia — cielesność nas przekracza, staje się czymś więcej. Osobiście nie potrafię w pełni docenić przyjemności myślenia, jeśli nie towarzyszy jej fizyczne przejście przez ciało — ten naznaczony ślad.

tak — co teraz robi performer? Jaką zajmuje pozycję?
Czy jest wyłącznie osobą zarządzającą chmurą ciał?
A może raczej należy umiejscowić osobę performującą dźwięk w centrum,
które natychmiast się rozprasza, staje się jednym —
pulsuje od siebie w stronę rezonujących uczestników,
aby za chwilę również przyjąć energię zwrotną.

Ten ruch w czasie jest tak niezauważalnie zmienny,
że — poddając się fali entuzjazmu —
zaryzykuję twierdzenie: zatraca się centrum.
Jego zewnętrzne wody płodowe stają się ciałem wspólnym —
rodzi się jedno wibrujące ciało.

Cała sytuacja przestaje być widowiskiem.
Staje się stanem.

Stanem doświadczenia wielu osób naraz,
które jednocześnie dokarmiają swoje prywatne, drgające afekty.

To przedreligijne skupienie
odsyła nas do początków potrzeb,
do ich rudymentalnej jakości —
archetypów,
których, jeśli nawet natychmiast w sobie nie rozpoznajemy,
to i tak żyjemy z nimi w nieustannym alchemicznym procesie.

To swobodne, zadeklarowane uczestnictwo.
Ciało wspólnoty potrafi wtedy nasiąknąć wspólnictwem politycznym —
nie przez manifest czy program, ale przez sam akt obecności.

Ta symboliczna sprawczość — by być razem w dźwięku —
stwarza przestrzeń do pielęgnowania wartości, do bycia ze sobą w zgodzie,
do integracji, która nie musi niczego tłumaczyć.

Nie chodzi tylko o graniczne katharsis.
Także o subtelniejsze formy działania afektywnego pola:
chwilowe zawieszenie obrony, rezonowanie wsparcia,
albo wręcz — w odpowiednich warunkach — ciche formy oporu.

Bo wspólne słuchanie może być gestem politycznym.
Ciałem, które niczego nie żąda — a jednak zmienia.

Być może to właśnie dźwięk jako medium niereprezentujące,
pozwala nam działać razem, zanim o tym pomyślimy.

Po tym wszystkim coś zostaje — i nie zawsze da się to nazwać wspomnieniem. Czasem to napięcie w karku, cichy impuls w ciele, którego nie rozpoznajesz, ale wiesz, że był wcześniej. Coś się zapisało — może nawet nie dźwięk, ale jego obecność. Drganie, które przechodzi przez ciebie jeszcze długo po tym, gdy wszystko się rozproszyło. Bo ta wspólnota — choć już jej nie ma — nadal gdzieś rezonuje. W tle, w ciele, w rytmie dnia, który nagle coś wytrąca. To nie musi być pamięć obrazowa — bardziej jak odprysk energii, cząstka tamtego stanu, która nie zgasła. I nawet jeśli wszystko się rozeszło, to przecież było — i to „było” nie odpuszcza. Czasem wystarczy spięcie mięśnia, soniczny powidok, żeby wróciło. Nie wróci całość, ale wróci fantom. A my przecież jesteśmy złożeni właśnie z takich śladów. Widmowa wspólnota nadal w nas drży — jako ślad, jako mikroempatia, jako coś, czego nie da się wyjaśnić, ale wiadomo, że tam było.

Czasem pamięć rozprasza wspólnotę. Innym razem to wspólnota zostaje w ciele — jako ślad, jako pamięć somatyczna. Nie chodzi o historię ani o dokładność. Chodzi o zapis w tkankach, cień doświadczenia, który nie znika. Zostaje — jak miękkie pęknięcie w oddychaniu, jak napięcie wywołujące coś więcej niż wspomnienie. Tego nie trzeba rozumieć.

Pamięć doświadczenia ciał, które rezonowały razem, przekształca się w symboliczną sprawczość. Bo fala — nawet jeśli dawno ucichła — nie gaśnie. To z niej da się czerpać: do pielęgnowania wartości, do integracji, ale też do mikrooporu. Tego cichego, zmysłowego, nieprzekładalnego na żadne manifesty.

Emocje, które się tam zrodziły, nie kończą się z koncertem. Przechodzą w codzienność, rozszerzają się w ciele, rozlewają w gestach. Mikropolityka emocji działa poza deklaracjami — właśnie wtedy, gdy wspólnota się rozpuściła, ale pozostawiła promieniującą zmianę. Wtedy ciało pamięta, choć wszystko inne już dawno się zmieniło.

Być może nie zawsze trzeba wikłać się w opory, wybierając wolność poza przymusem nieustannego rozważania konfliktu. To nie ucieczka — to może raczej gest samostanowienia, zasilania ducha, czyszczenia ciała ze społecznych toksyn. Bycie gotowym na więcej. Nasze cielesne autonomie zasługują na więcej.

Już prawie na sam koniec, chciałbym jeszcze raz powiedzieć o sile tego zjawiska, o którym jest ten tekst. Już nie o jego znaczeniu, lecz o obezwładniającej obecności — tej, która wciąga, nie pytając o zgodę, a przecież otrzymuje natychmiastowy konsensus. To dzieje się poza aktem woli, a jednak zostaje przyjęte — często z ogromną radością. Ten permanentny stan cielesnej podatności nie wymaga świadomej zgody — ona jest już w nas niejako zapisana (wykluczmy tu świadome akty sonicznej przemocy, tortury i inne formy opresji).

Gdy tracę kontrolę i idę na ślepo, niesiony jego zniewalającą energią, przepływam przez sen, który wydarza się w mojej namacalnej rzeczywistości. W nieświadomym zawiera się cała siła — natychmiastowa reakcja, cielesna odpowiedź powłoki, która pozwala mi czuć. Ten somnambuliczny paradoks — rozpraszający obecność — rozmywa granice pomiędzy ekstatycznym czuciem tego, co tu i teraz, a onirycznym nierzeczywistym. To stan, w którym przechodzimy od świadomej deklaracji, od chęci uczestnictwa — do niemal halucynacyjnej introspekcji, w której granice nie służą już oddzieleniu, lecz scaleniu w jednię.

Ten reżim może wydawać się nieco przemocowy — poddaję się bez szansy na odpowiedź, bez możliwości przekazania pokojowej zgody. Ale czy to nie jest właśnie proces konsensualnej dominacji, o którą sam postuluję, aspirując do granicznych doświadczeń — przejść nie tylko przez siebie, lecz także do wspólnych przejść z innymi? To odpowiedź jest tą racją, która nie pozwala mi nie widzieć doświadczenia dźwiękowego inaczej niż jako cel majaczący gdzieś w poznawczym horyzoncie tła, uwodzący zawsze — nawet gdy o nim nie myślę. To właśnie jest pragnienie, to afirmacja somatycznej odwagi.

Zauważ — ani razu w tym tekście nie padło słowo „ucho” ani „uszy”. Ledwie przemknęło gdzieś „słuchanie”. Nie był to przypadek. Nie zapomniałem o procesie, dzięki któremu całe to doświadczenie jest w ogóle możliwe — o fizycznych właściwościach naszych ciał, które pozwalają przeżyć dźwięk.

Świadomie omijałem ten obszar — nie po to, by go wykluczyć, lecz by przesunąć uwagę. Mówiłem o percepcji przez przestrzeń, powietrze, przez nasze ciała. Przez doświadczenia w nich zapisane, przez gotowość ciała na doświadczanie. To tworzy konkretny obraz: obraz performującego, drżącego powietrza. I właśnie dlatego — na samym końcu — mogę z przyjemnością powiedzieć: dźwięk także widać.

To nie metafora. Nie konceptualizacja. To nie symboliczne przeniesienie. To opis dziejących się procesów fizycznych, które mają swoją objętość, kształt, zasięg. Otaczają nas formy rozwibrowanych cząstek gazu. Nie zapominajmy o ciałach stałych, o cieczach — o wszystkim, co może stać się ośrodkiem propagacji fali akustycznej.

Ta fizyczność dźwięku jest realna. Jest częścią rzeczywistości. Jest obiektywna. Nie jest reprezentacją — jest obecnością. Jest tu, z nami.

Gdyby ktoś powiedział: „to jest niejasne”, możesz odpowiedzieć:
„bo doświadczenie dźwięku też nie jest jasne. Jest cielesne, jest drżące, jest chwilowe.” Mój tekst też taki jest.

Zdjęcie: Szymon Szcześniak
Tekst kuratorski
Artists​